Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaimek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaimek. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 lipca 2017

Bohater moich słów

Dziś polska ekstraklasa piłkarska wznawia rozgrywki. To dobra okazja, aby – na przykładzie poprzedniego sezonu – komentatorom przypomnieć, jak nie należy mówić, a telewidzów przestrzec przed tym, co mogą usłyszeć.

Piłkarze mieli wakacje i zapewne „ładowali akumulatory”. Zwrot w cudzysłowie nie jest wprawdzie błędem, ale ociera się o klasykę dziennikarstwa sportowego w kategorii powiedzeń nadużywanych. Piłkarze wrócili z wakacji i zapewne „są w innym samopoczuciu”. To już konkret z poprzedniego sezonu.

Nie każdy kibic ma to szczęście, że w nowym sezonie zobaczy ulubioną drużynę w ekstraklasie. Dwie musiały spaść, po „podwinęła im się noga w ostatniej kolejce”. Gdyby dobrze grały przez cały rok, to uniknęłyby degradacji, a komentatorowi nie podwinąłby się język.

„Może gdzieś przyjdzie moment…” – rozmarzył się inny sprawozdawca. Moment zwykle przychodzi kiedyś albo wcale. W tym przypadku nie przyszedł nie dlatego, że nie chciał, lecz po prostu zabłądził.

Staram się nie czepiać byłych piłkarzy przekwalifikowanych na dziennikarzy, ale tym razem pozwolę sobie na wyjątek. Ów komentator ma bowiem zły wpływ na kolegów. Sam zna chyba tylko jeden zaimek pytający i prawie każde zdanie podrzędnie złożone zaczyna od „gdzie”. Tę manierę przejmują od niego inni i w efekcie później słyszymy, że „to będą punkty, gdzie ta drużyna powinna uwierzyć, że…”.

„Napastnik nie stał w świetle bramki”, więc było mu trochę za ciemno i nie zauważył piłki. Jego kolega z obrony „przegrał wszystkie bezpośrednie pojedynki główkowe”, za co „w tej drugiej połowie” trener posadził go na „ławce rezerwowej”. Zamiast współczuć ławce, która jest wieczną rezerwową i na której wszyscy się rozsiadają, nadal się zastanawiam, ile w jednym meczu może być drugich połów. Zgaduję, że więcej niż jedna, ale drugiej drugiej (drugiej pierwszej zresztą też) jeszcze się nie doczekałem.

Na koniec chciałbym się wytłumaczyć z tytułu. Pożyczyłem go od mojego faworyta do miana najgorszego komentatora rozpoczynającego się sezonu. Podejrzewam, że następnego również.

czwartek, 16 lutego 2017

Stopniowanie komentatora

Zacznę od razu od cytatu, bo brzmi i śmiesznie, i strasznie: „Mamy nadzieję, że bramkarz faktycznie ucierpiał i nie jest to gra pod publiczkę”. Gdybym nie oglądał tego meczu, gdybym nie obejrzał wielu innych skomentowanych przez tego samego dziennikarza, to powiedziałbym, że to idealny kandydat na uosobienie tytułu poprzedniego felietonu.

Zbliżał się koniec meczu, a bramkarz drużyny, która prowadziła („liderowała”, brrr, jak mówią niektórzy), zderzył się z napastnikiem rywali. Z perspektywy studia (komentatorzy) i fotela (telewidzowie) trudno było ocenić, czy faktycznie został boleśnie poturbowany, czy tylko korzystał z okazji i podkradał czas. Właśnie wtedy dziennikarz podzielił się z odbiorcami wspomnianą wcześniej nadzieją. Wierzę, że chciał dobrze, a wyszło, obawiam się, jak zawsze.

Język komentatorów jest bardzo podatny na modę. Jeśli ktoś uznawany – i w środowisku, i przez telewidzów – za jednego z najlepszych wymyśli jakieś powiedzonko, to możemy być pewni, że wkrótce wszyscy będą je za nim powtarzali. Wymyślił „przegranie piłki przez obrońcę”. Ja jestem prosty człowiek – dla mnie przegrać to przegrać, zwłaszcza w sporcie, więc nie rozumiem, dlaczego ktoś „miał pretensje do partnera, że to nie zostało przegrane”.

Czasem moda staje się plagą. Co tydzień komentatorzy zrzucają na metr kwadratowy boiska więcej niepotrzebnych zaimków wskazujących i dzierżawczych niż kiedyś Amerykanie stonki na hektar pegeerowskiego pola obsadzonego ziemniakami. „Ostatnia szansa w tej pierwszej połowie” – dziennikarz robił co mógł, abym za wcześnie nie odszedł od telewizora. „A będzie jeszcze inna pierwsza połowa?” – zapytałem bez nadziei na odpowiedź, raczej już tylko z przyzwyczajenia. Sprawozdawca jakby mnie słyszał i zmienił temat. „Jedni i drudzy szukają swoich szans” – kusił. Zostałem. Czekałem, aż szukając w trawie szans swoich i cudzych zderzą się głowami. Naturalnie swoimi.

W telewizji mamy wysyp zaimków, natomiast przyimki jakoś nie obrodziły. „Jedenaście meczów czeka na bramkę” – współczuł komentator. Domyślam się, że napastnikowi, który od jedenastu kolejek nie potrafił („wpisać się na listę strzelców” – powiedziałoby naprawdę wielu, a ja złośliwie odparłym, że „widocznie analfabeci”) zdobyć gola. Brak prostego przyimka „do” sprawił, iż w równie prostym zdaniu zmienił się podmiot i znowu wyszło śmiesznie.

Kłopoty z podmiotem bywają jeszcze bardziej zabawne. Przenieśmy się z boiska piłkarskiego na skocznię narciarską. „Tak po wylądowaniu spiker ocenił ten skok” – tłumaczył się komentator, który chwilę wcześniej podał nam inną odległość. Powtórka pokazała jednak, że spiker być może oceniał, ale na pewno nie skakał, więc także nie lądował. Wyszło jeszcze śmieszniej. Stopniowanie przysłówka obiecuje coraz więcej. Mam nadzieje, że nie zawiodę.

W lidze angielskiej płacą najhojniej. Młodzi ludzie mogą zgłupieć, gdy co tydzień kasują ponad 100 tysięcy funtów. Kupują coraz szybsze i coraz droższe samochody i popisują się nimi przed kolegami i dziewczynami. Jeden z tych młodych piłkarzy, jak się dowiadujemy z telewizji, został niedawno „zatrzymany przez policję pod wpływem alkoholu”.

Też bym pił na miejscu policjanta wypisującego mandat człowiekowi zarabiającemu przez tydzień więcej niż on przez rok. Trochę jednak szkoda, że komentator był trzeźwy.

czwartek, 5 stycznia 2017

Dwa dobre, równe zdania

Adam Małysz lubi powtarzać, że w tym sporcie chodzi o to, aby oddać dwa dobre, równe skoki. Z komentowaniem wydarzeń sportowych, w tym Konkursu Czterech Skoczni – jak widzicie, znalazłem temat świeży niczym śnieg, który właśnie prószy – jest podobnie: trzeba wypowiedzieć dwa równe zdania. Dobrze, jeśli poprawne...

Jeden z komentatorów – nie podpowiem, który; stacje są dwie, a oni pracują parami – zaimponował mi równą formą, choć noty za styl należą mu się raczej niskie. Nie tylko podczas jednego konkursu, ale nawet w trakcie tej samej serii skoków wspomniał o „szybszych prędkościach” na rozbiegu i „najdłuższych odległościach” już po lądowaniu.

Przepraszam, ale nie mogę powstrzymać się przed dygresją. Niedawno zdałem sobie sprawę, że o błędach językowych pisuję wyłącznie dla przyjemności, nie dla chleba, więc według mojej prywatnej definicji stałem się grafomanem. Trudno, będę musiał jakoś z tym żyć. A z drugiej strony od razu mi lżej, bo nie muszę udawać polonisty ze stopniem naukowym i mogę sobie pozwolić na mniej fachowe słownictwo. Mogę na przykład – na potrzeby tego tekstu – zatrzeć różnicę między pleonazmem a tautologią, ograniczyć się do wytknięcia komentatorowi błędu maślano-maślanego i dodać mały plus za konsekwencję.

Być może zdążyliście już zauważyć, że szczególnie mocno irytuje mnie nadużywanie zaimków. Dziennikarze tenisowi wyliczają turnieje, które Roger Federer „wygrał w swojej karierze”. Od ponad dwóch lat nie mogę się doprosić, aby jeden z tych turniejów – najlepiej Wimbledon – ktoś zechciał wygrać w mojej. Albo komentatorzy piłki nożnej, którzy nie potrafią nie podkreślić, że „gol padł w tej drugiej połowie”. Do dziś czekam na odpowiedź, ile jest drugich połów, aby trzeba było odróżniać tę od tamtej.

Pan od skoków narciarskich też mi podpadł zaimkowo, ale chociaż mnie rozbawił. Słysząc, że zawodnik „skorygował w locie swoją sylwetkę”, zacząłem sobie wyobrażać, jak koryguje sylwetkę rywala. Gdyby chodzilo o narciarza zjazdowego, sprawa byłaby łatwa – alpejczycy nie wychodzą na stok bez kijków. A takim kijkiem już by można było pogrzebać przy sylwetce innego zawodnika.

Miałem kilka koncepcji. Laleczkę wudu szybko odrzuciłem, bo reprezentanci krajów afrykańskich i karaibskich rzadko skaczą na nartach, a już na pewno nie w serii finałowej konkursu Pucharu Świata. Może korygujący stał za drzewem, spoza którego sterował skaczącym przy pomocy fal radiowych? Też odpada, bo sędziowie dokładnie sprawdzają kombinezony i na pewno wykryliby odbiornik.

Skoki narciarskie to jedna z takich konkurencji, których nie da się uprawiać amatorsko. Ja też chętnie bym kiedyś skoczył z Wielkiej Krokwi, ale na trzeźwo się boję, a po spożyciu nikt mnie na skocznię nie wpuści (chyba że napije się ze mną). Jedyna szansa, aby skorygować sylwetkę i swoją, i cudzą, to jakaś gra komputerowa. Piszę „jakaś”, bo nie mam żadnej, więc nie dowiem się, czy potrafiłbym oddać dwa dobre, równe skoki.

czwartek, 24 marca 2016

Pofarciło im się onegdaj

„Teraz głos zabierze małżonka”... Nie miała wyjścia, więc zabrała: „Natenczas onegdaj”… Publiczność wybuchnęła śmiechem. Też się śmiałem, gdy „Wizytę księdza” oglądałem pierwszy raz. Bohaterowie tego skeczu Kabaretu Moralnego Niepokoju, przypomnę, używają słownictwa niby poprawnego, lecz nieadekwatnego do okoliczności, więc jednak błędnego.

Dobra komedia może być środkiem rozweselającym wielokrotnego użytku – oczywiście pod warunkiem, że nie przedawkujemy, oglądając ją trzy razy dziennie przed, w trakcie lub po jedzeniu. Błędy stylistyczne komentatorów też początkowo śmieszą, lecz powielane niemal w każdym meczu zaczynają irytować – najpierw tylko trochę, potem coraz bardziej, aż wreszcie zmuszają do pisania bloga.
Bardzo nie lubię, kiedy sędziowie piłkarscy sięgają do kieszonki po kartki. Nie dlatego, że przepadam za grą brutalną albo niesportowym zachowaniem zawodników. Nie lubię, bo większość komentatorów mówi wtedy od razu, że gracz X „otrzymał kartkę”. Być może wydaje im się, że jeśli powiedzą „dostał”, to nie wypadną dość fachowo, mądrze i dostojnie. Całe szczęście, że nie namawiają sędziów do wręczania kartek (lub kartoników – w tym specyficznym słowniku od dawna są to synonimy), poprzestając na dawaniu.
Zresztą rzadko kończy się na „otrzymaniu”. Taki komentator, gdy się nakręci, idzie zwykle na całość i do końca meczu przypomina nam, że piłkarz X albo Y już „posiada żółtą kartkę”, jakby nie mógł się doczekać – dziennikarz, nie zawodnik – „otrzymania” czerwonej.
To zresztą przykład błędu nie tylko stylistycznego, ale również słownikowego. Przecież sędziowie nie rozdają na prawo i lewo żadnych kartek – mają tylko po jednej żółtej i czerwonej. Oni je pokazują, a piłkarze oglądają. Tę różnicę dostrzega i stosuje w praktyce antenowej naprawdę niewielu komentatorów.
Żeby nie było, że czepiam się tylko tych od piłki nożnej, pośmiejmy się także z pana od tenisa. „Tenisista posiadał kontuzję” – wyjaśnił, dlaczego jakiegoś zawodnika zabrakło w turnieju Wielkiego Szlema. Są ludzie, którzy bardzo przywiązują się do swej własności (niektórzy nawet do cudzej). Nie wiem, jak ten tenisista, ale ja na jego miejscu chętnie bym się tej kontuzji pozbył, a najlepiej w ogóle nie wchodził w jej posiadanie. Kolejny przykład dziennikarza, który miał to przekazania całkiem prostą treść, a ubrał ją w barokową formę.
Ostatnio zauważyłem, że jeden z komentatorów stacji pokazującej przede wszystkim mecze piłki nożnej chyba się zakochał w rodzinie „takowych” – opowiada o „takowym strzale”, „takowej bramce”, „takowych meczach”. Takie, żeby nie powiedzieć takowe, maniery bywają bardzo zaraźliwe. Nie chciałbym być złym prorokiem, ale nie zdziwiłbym się, gdyby za jakiś czas w słowniku komentatorów w końcu zabrakło zaimka przymiotnego „taki” z wszystkimi jego odmianami.
Mówiąc o czymś tak przyziemnym jak piłka nożna (i sport w ogóle), jedni uciekają w niepotrzebny patos, natomiast inni – może dla zachowania równowagi? – popadają w styl nazbyt potoczny. Jacyś piłkarze przegrali onegdaj mecz nie dlatego, że byli słabsi od rywali; przegrali, bo „nie pofarciło im się”. Nam, telewidzom, też się coś nie farci.

czwartek, 10 marca 2016

Tęsknota za dzierżawczym

Być może sam sobie jestem winien, bo z uporem wartym lepszej sprawy staram się zanotować każde nieuzasadnione użycie zaimków dzierżawczych i wskazujących. Na inne – na przykład zwrotne – brakuje mi i czasu, i miejsca na dysku. W tej sytuacji zajmę się tymi zaimkami tylko po łebkach, za co muszę przeprosić tych kolegów-komentatorów, których pominąłem. Mam jednak nadzieję graniczącą z pewnością, że już wkrótce dostarczą mi dość przykładów do kolejnej analizy.

Zapomnijmy na chwilę o wszystkim, czego od dziecka dowiadywaliśmy się o sporcie. Zresetujmy pamięć i umówmy się, że jesteśmy absolutnymi laikami i pierwszy raz nie odeszliśmy od telewizora, gdy na ekranie pojawili się piłkarze, siatkarze, tenisiści, hokeiści i wszyscy ci, których rywalizacja jest podzielona na połowy, tercje, kwarty i jakieś tam sety. Teraz będzie nas uczył pan komentator.
Być może już podczas pierwszej lekcji zaczniemy odróżniać forhend od bekhendu, przyjmiemy do wiadomości, że siatkarz ubrany inaczej niż pozostali wcale nie jest bramkarzem, a nawet zostaniemy ekspertami od spalonego. Mecz skończy się jednak tak nagle, że pozostaniemy w niepewności, czy to na pewno był ostatni gwizdek sędziego.
„W tej drugiej połowie goście poprawili swoją grę”. Do „swojej” przyczepię się później, teraz zajmę się „tą”. Kibicujemy akurat gościom. Pierwszą połowę przegrali 0:3, po przerwie zdobyli dwa gole, już prawie zremisowali, a sędzia gwiżdże i wygania ich do szatni? Jak to?! Przecież mówiąc „w tej drugiej połowie…”, komentator dał do zrozumienia, że będzie jeszcze co najmniej jedna, na przykład „tamta” druga połowa. Być może tenisiści i siatkarze też przegrywają, bo czekają na inny niż „ten” piąty set.
Są dyscypliny sportu – na przykład tenis stołowy i badminton – w których zawodnicy lub drużyny rozgrywają kilka meczów dziennie. W piłce nożnej też może się tak zdarzyć, ale takich turniejów telewizja raczej nie pokazuje. Po co więc komentatorzy podkreślają, że jakiegoś piłkarza „nie ma w kadrze na ten dzisiejszy mecz”? Czy będzie w kadrze na następny? Czy na pewno jeszcze dziś?
Zbyt częste stosowanie zaimków wskazujących puszczamy zwykle mimo uszu, bo to irytujący, ale – w porównaniu z innymi – niewielki błąd. Szkoda nawet, że rzeczownik „błąd” nie dorobił się zdrobnienia. Aby określić jego rozmiar (duży, mały) lub znaczenie (poważny, błahy), musimy uciekać się do stopniowania przymiotników.
Rola zaimków dzierżawczych jest bardzo niewdzięczna. Źle użyte mogą stać się obiektem kpin. „Trener wykonał gesty uspokajające swoich piłkarzy” – zanotowałem w ostatni weekend. Po chwili przyznałem trenerowi rację – przecież na nieswoich piłkarzy nie ma wpływu. „Gestykulował swoimi dłońmi” – wybaczcie, ale zapomniałem, czy piłkarz, czy trener, czy może sędzia. Zapomniałem, bo od razu próbowałem sobie wyobrazić, jak gestykuluje dłońmi rywala lub kolegi. Kiedyś usłyszałem o szczypiorniście, który „rzucił bramkę swoją lewą ręką”. Nie wiem, którą ani czyją ręką rzucił dziewczynę, natomiast zdobycie gola rękoma rywali mogłoby stać się punktem wyjścia do rozważań o zmianie taktyki gry w piłkę ręczną.
Na deser przykład wprawdzie bez zaimka, ale mnie się tak spodobał, że nie mogę odmówić tej przyjemności ani sobie, ani wam. „Piłka zaatakowała go zza pleców” – powiedział pan komentator. Zatęskniłem za dzierżawczym. Piłka atakująca zza swoich pleców mogłaby zrobić karierę taką jak na przykład „język brazylijski”, „Włodek Smolarek krąży jak elektron koło jądra Zbyszka Bońka”, „słońce zaszło za wschodnią trybuną” czy nieśmiertelne „wszystko w rękach konia”.
PS. Uprzejmie informuję, że strażnicy miejscy byli widziani w okolicach księgarni. Nie wiem tylko, czy tropili źle zaparkowane samochody, czy zamierzali kupić słownik, aby dołączyć do „Miejskiej straży językowej”. Będę informował, gdy tylko dowiem się czegoś nowego. 

czwartek, 18 lutego 2016

Faul według Radia Erewan

Zaczął się mecz. Jeszcze się dobrze nie rozsiadłem przed telewizorem, gdy pan komentator zaczął mówić o „okresie czasu”. Może się tylko przejęzyczył? – adwokat obudził się we mnie wcześniej niż prokurator. Zanim jednak jedna z drużyn oddała drugi strzał, sprawozdawca drugi raz strzelił do telewidzów „okresem czasu”, więc mój wewnętrzny oskarżyciel dorwał się do głosu.

Ten komentator ma ostatnio pełne usta pracy, bo sezon piłkarski już prawie w pełni. W sobotę jeden mecz, w niedzielę nawet dwa, a i w tygodniu często wpada mu coś do grafiku. Facet po prostu ma pecha, że akurat lubię oglądać tę ligę, o której on opowiada. Muszę przyznać, że robi to z pasją, lecz wolałbym mniej emocji, za to więcej staranności.
Tak czy owak, ów mistrz mikrofonu wykorzystuje ostatnio każdą okazję, aby awansować w moim rankingu „ulubionych” komentatorów. Od razu przesunąłem go o dwie pozycje – przez chwilę wahałem się nawet, czy nie o trzy – gdy pierwszy raz w trakcie tego meczu pomylił faul z rzutem wolnym. Nie on jeden traktuje te pojęcia jak synonimy, jednak on robi to w sposób wybitnie rażący.
„To powinno zakończyć się faulem” – orzekł. Gdybym nie znał możliwości jezykowych tego komentatora i nie oglądał meczu, to uznałbym, że redaktor podżega do popełnienia przestępstwa. Wprawdzie tylko sportowego, ale jednak. Związku piłkarskiego nie niepokoilem, prokuratury tym bardziej, bo jak miałbym uzasadnić takie doniesienie?
Mylenie faulu z rzutem wolnym sprawia, że – zdaniem wielu komentatorów – piłkarze nader często „domagają się od sędziego faulu”. I co ten biedny sędzia ma zrobić? Być może nawet miałby ochotę podbiec do jakiegoś gracza i, w rewanżu za jakieś ciężkie słowo, które kiedyś od niego usłyszał, przejechać mu korkami po achillesach. Z jednej strony sędziemu nie wypada, z drugiej za dużo kamer... Jeszcze trudniej spełnić takie żądania zawodnika rezerwowego albo trenera. Za faul bez piłki arbiter sam sobie musiałby pokazać czerwoną kartkę.
„Goście już wykonali ten faul” – przekaz znów nie pokrywał się z wydarzeniami na boisku. Zupełnie jak w Radiu Erewan: nie goście, lecz gospodarze, i nie wykonali, lecz popełnili. Goście, panie redaktorze, wykonali rzut wolny. Wiem, bo oglądałem.
Równie irytujące bywa – często w wykonaniu tych samych speców od „faulu” – nadużywanie zaimków dzierżawczych, a zwłaszcza „swojego”, odmienianego przez liczby, rodzaje i przypadki. Dość dawno prosiłem, żeby wreszcie ktoś raczył Wygrać Wimbledon w mojej karierze. I nic – wciąż nie mam „żadnego tytułu na swoim koncie”.
Mam za to nowe przykłady znęcania się nad zaimkami. „To zależy od tego, jak Pogoń zagra w swoim meczu” – błysnął ekspert. Gdyby po zakończeniu okresu transferowego piłkarzom Pogoni coś się pomyliło, mogliby przecież zagrać w nieswoim meczu. „Piłkarz X dostał swoją szansę”, a pozostali rezerwowi odetchnęli z ulgą, bo chociaż na boisko nie weszli, to ich szans nikt za nich nie zmarnował. „Być może już dzisiaj zagra w swojej drużynie” – to o nowym zawodniku w klubie. A jednak nie zagrał ani w swojej, ani tym bardziej w cudzej.
„Rafael Nadal przeżywa swój kryzys” – komentator piłkarski poczuł się tak kompetentny, że i o tenisie chciał pogadać. Może on też na swój sposób przeżywa kryzys Hiszpana?
I jeszcze słowo o zaimku wskazującym. „W tym bieżącym sezonie” – zaczął wywód komentator. Już chciałem opatrzyć ten cytat ironicznym komentarzem, lecz w porę się zorientowałem, że właściwsza będzie raczej odrobina wdzięczności. Niektórzy z nas – zauważam od czasu do czasu (od jednego do drugiego „okresu czasu”) – żyją w podwójnej rzeczywistości, więc nie można wykluczyć, że bieżące sezony mogą być co najmniej dwa.

czwartek, 8 października 2015

Autor swojego pecha

Naprawdę bardzo przepraszam. Wydawało mi się, że o nadużywaniu zaimków dzierżawczych (a szczególnie „swojego” we wszystkich rodzajach i liczbach) napisalem już wszystko, co mogłem napisać; miałem nadzieję, że do tego tematu już nie będę miał powodu wracać. Niestety nie doceniłem kolegów...

Być może nie dość uprzejmie albo za mało stanowczo prosiłem, aby ktoś zechciał wygrać Wimbledon w mojej karierze. Napisałem wtedy o piłkarzach atakujących rywali „swoją” prawą nogą. Oczywiście potrafiliby również lewą, ale to ciągle byłaby przecież ich noga. Pośmiałem się z graczy stających przed szansą zdobycia gola nie dlatego, że jej nie wykorzystali, lecz dlatego, że zmarnowali „swoją” okazję. Być może trochę się zagalopowałem, dostrzegając błąd w zdaniu „Zadebiutował w reprezentacji swojego kraju”. Historia piłki ręcznej zna bowiem przypadek zawodnika, który w (czy nie korci was, aby jednak dodać „swojej”?) reprezentacyjnej karierze bronił barw czterech państw, czyli jednego swojego i trzech obcych.
Pisałem o tym dziesięć miesięcy temu. W tym czasie klasycy podsunęli mi nowe przykłady, które – moim zdaniem – przebijają poprzednie, więc nie wolno skazywać ich na zapomnienie. Nie mam już pewności, czy wyświadczam komentatorom przysługę, pomijając dyscypliny sportu, rangę zawodów, nazwy stacji telewizyjnych i personalia. Wnoszą do tematu tyle twórczych elementów, jakby chcieli zasłużyć na pochwałę po nazwisku. Nic z tego, mam zamiar wytrwać w postanowieniu.
„Każda ma grymas na swojej twarzy” – zauważył komentator. Gapiłem się w telewizor i oczywiście byłem skłonny zgodzić się z kolegą dziennikarzem. Też widziałem te grymasy, te miny, te spojrzenia. Aż mnie korciło, żeby oderwać wzrok od ekranu, spojrzeć w lustro i rzucić okiem na – no muszę tak napisać! – grymas swojej twarzy.
„Gdyby dobrze dołożył swoje czoło do piłki” – nie da się ukryć, że autor miał na myśli futbolistę. W przypływie złośliwości (jeśli to w ogóle możliwe, ponieważ sporo osób uważa, że złośliwy nie jestem tylko wtedy, gdy śpię) już zacząłem sobie wyobrażać, jak ów zawodnik dokłada do piłki czoło kolegi z drużyny (mieszać w to rywala nie wypadało, bo przecież byłby faul). Nie pomogło, ponieważ i tym razem gol nie padł. Dopiero kiedy zaangażowałem Andrzeja Szarmacha, „bramkarz wyjął piłkę z siatki”. Posłużyłem się cudzysłowem, ponieważ niektórzy komentatorzy nie są w stanie wytrzymać 90 minut bez tego zdania.
„Polka miała swojego pecha” – to oświadczenie wprawiło mnie w przygnębienie. Bo to takie niesprawiedliwe... Gdyby rywalki rywalizowały fair (ile razy słyszeliście, że ktoś „nie grał fair play”?), to albo część pecha Polki wzięłyby na siebie, albo podzieliły się z nią swoim szczęściem lub – jak kto woli – jego brakiem.
Przyznaję, mam fobię. Kiedy słyszę „autor gola”, budzą się we mnie najgorsze instynkty. Dobrze, że nie żyjemy w XXII wieku, bo być może wtedy komentatorzy będą już mogli słyszeć to, co na ich temat mówią telewidzowie. Na szczęście moje opinie zostają między mną a telewizorem. Oczywiście moim, bo w gościach bardzo staram się trzymać język za zębami.
„Autor sprintu” – powiedział komentator, który od dawna ma u mnie miejsce na podium i nie zanosi się na to, aby miał je rychło stracić. Pozwólcie więc, że na tym zakończę. Autocenzura.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Komentator zaczerpnięty ze stajni

Jeśli źle lub bardzo źle mówi były piłkarz lub trener, pomagający komentatorowi i nam, widzom, spojrzeć na mecz bardziej fachowym okiem, z rezygnacją macham ręką. Widocznie nie można mieć wszystkiego, czyli eksperta potrafiącego połączyć treść z formą. Co można zrobić, kiedy – aż się prosi, żeby za telewizorem wstawić przymiotnik „ewidentne” – błędy popełnia zawodowy dziennikarz? Zmienić kanał?

Można, ale telewidz nigdy nie ma pewności, czy nie trafi z deszczu pod rynnę. Polityków strach słuchać, bo nawet kłamać nie potrafią poprawnie. Reporterzy, publicyści i prezenterzy szybko przyswajają sobie błędy rozmówców i chętnie dzielą się nimi swoimi. Reklamodawcy nie szanują ani naszej inteligencji, ani wrażliwości językowej… W radiu niewiele lepiej, a w internecie już prawie dno.
W tej sytuacji nie zmieniłem kanału, za to z jeszcze większą zawziętością notowałem kolejne wpadki komentatorów. Wczoraj największe wrażenie zrobiło na mnie zdanie: „Nie było tak jak wczoraj, gdzie zajmowano się przede wszystkim...”. Już nie słuchałem, kto i czym zajmował się przede wszystkim, ponieważ próbowałem zgadnąć, jak można było użyć zaimka pytajno-względnego „gdzie” do określenia czasu, nie zaś miejsca zdarzenia. Jak można nie wiedzieć, że właśnie do tego celu stworzony jest zaimek „kiedy”?
Pisałem już o tym równo pół roku temu w rozdziale „Gdzie wzrok nie sięga, tam język pośle”. Jeden z moich dobrych znajomych, pomagający mi w tropieniu błędów najczęściej powtarzających się w polskich mediach, podrzucił w komentarzu kolejny przykład. „Terroryści dokonali zamachu, gdzie są ofiary śmiertelne". Powoli dochodzę do wniosku, że wszyscy jesteśmy terroryzowani przez ludzi, którzy – tu ograniczę się do dziennikarzy sportowych – wszystkie wyniki, tabele, rekordy i rankingi mają w małym palcu (zamiast w komputerze), lecz już zapomnieli, na którą półkę odłożyli słownik poprawnej polszczyzny.
Nie będę przeszukiwał kilku stron notatek, bo mam pod ręką dwa pyszne przykłady z transmisji jednego z wczorajszych meczów eliminacji piłkarskiej Ligi Mistrzów. Krótka dygresja... Są tacy komentatorzy, którzy przez 90 minut potrafią kilkanaście razy przypomnieć, że to mecz „piłkarskiej” Ligi Mistrzów. Panowie, czy naprawdę aż za takich idiotów macie telewidzów?
„Sfabrykowali gola” – powiedział pan sprawozdawca. Słownik języka polskiego podpowiada: „wymyślić coś” (nigdy „wymyśleć”!), „sfałszować”. Gdyby powiedział tak o arbitrach, to moglibyśmy bić mu brawo za oryginalne określenie pomyłki sędziowskiej lub wręcz oszustwa. On jednak powiedział tak o piłkarzach drużyny, która zdobyła bramkę. Spalonego nie było, faulu też nie, więc na jakiej podstawie komentator oskarżył ich o fałszerstwo?
„Piłkarz zaczerpnięty ze stajni” – autor ten sam. Stacja naprawdę porządna, inaczej bym za nią dodatkowo nie płacił, ale coraz bardziej przypomina stajnię Augiasza. Skąd zaczerpnęła tego komentatora?


czwartek, 19 lutego 2015

Gdzie wzrok nie sięga, tam język pośle

Proszę nie przełączać się (a tym bardziej przełanczać) na inny blog! Dorośli mogą czytać ten wpis przed 22:00, a i młodzieży zgorszenie na pewno nie grozi. O wieszczu Adamie będzie, który trafił pod strzechy tak, że lepiej już nie mógł. W telewizji Mickiewicza cytują nie tylko w TVP Kultura, ale nawet podczas zawodów sportowych (a czy ja mówię, że wyłącznie w TVP Sport?).

Komentatorzy chwalą piłkarzy, a piłkarze chwalą się sami, że „mierzą siły na zamiary”. Z kontekstu ich wypowiedzi jednoznacznie wynika, iż nie chcieli rzucać się na silniejszego rywala już pierwszej minuty, tylko spokojnie poczekać na rozwój wypadków. A nuż pojawi się okazja do kontry i wtedy...
Panowie, źle zrozumieliście poetę, który w „Pieśni Filaretów” chciał powiedzieć, że to nie pragmatyzm, ale romantyzm jest trendy; że warto rzucić się na słońce nawet z motyką. Mickiewicz mógłby być dziś trenerem jedynie Bayernu Monachium, Chelsea lub Realu Madryt. Tylko te drużyny mogą mierzyć siły na zamiary, bo mają piłkarzy, dla których żaden zamiar nie jest zbyt wielki. Ich przeciwnicy powinni natomiast zacząć od analizy własnych możliwości i dopiero na ich podstawie wyznaczać sobie cele – czyli jednak „zamiar podług sił”, do czego mistrz Adam zniechęcał.
W „Odzie do młodości” zachęcał natomiast, aby „sięgać, gdzie wzrok nie sięga”. Nie wiem, jak ze znajomością twórczości Mickiewicza wśród piłkarzy, którzy po wyrośnięciu z krótkich spodenek wdziali garnitury i zostali komentatorami. Słucham, więc wiem, że z gramatyką na ogół słabo. Z lekcji o zaimkach jeden z moich ulubieńców zapamiętał tylko jeden z zaimków pytajno-względnych, a i tak zaimponował tym nawet dziennikarzom, bo z miejsca znalazł naśladowców.
Oto przykłady tylko z tego sezonu:, „Jest takim piłkarzem, gdzie jak ta piłka przejdzie…” – nadal nie wiem, ani gdzie, ani dokąd, ani czy w ogóle przeszła. „W meczu z Danią, gdzie…” – mecz był rozgrywany na Węgrzech, więc trochę zgłupiałem (może nawet bardziej niż trochę). „W wieku, gdzie wiele zawodniczek kończy karierę…” – akurat sportsmenkom zaglądać do metryki wypada, zaś w tych okolicznościach zaimka „kiedy” użyć wręcz należy. „Nie zmieniałbym bramkarza, gdzie nie miał nic do roboty” – skoro nic nie robił, to ja bym mu w ogóle nie płacił.
Służę za to, bezpłatnie i bezinteresownie, dobrą radą. Zaimek pytajno-względny „gdzie” wcale nie jest jedynakiem. Ma całkiem liczne rodzeństwo: „kto”, „co”, „który”, „ile”, „jaki”, „jak”, „kiedy”, „skąd”, „dokąd”, „odkąd”... O pierwszym przykładzie („Jest takim piłkarzem...”) nawet nie chce mi się gadać, bo to bełkot. O mecz z Danią i bramkarza należałoby zapytać „który?”, a o koniec kariery zawodniczki – „kiedy?”.
Komentator, któremu (w jego wersji „gdzie”) te zaimki sprawiają kłopoty, powinien – dla swojego i naszego dobra – unikać zdań złożonych. Jeśli jednak mierzy siły na zamiary, to niech najpierw zastanowi się przez chwilę, jak brzmiałoby pytanie.

czwartek, 18 grudnia 2014

Wygrać Wimbledon w mojej karierze

Jest w języku polskim słowo, którego obcokrajowców uczymy w pierwszej kolejności: pięć liter, pierwsza „k”, ostatnia „a”. Początkowo wydaje im się, że ten wyraz to nie wyraz, że to rodzaj mówionego przecinka, bo tak często pada z naszych ust.

Z ust dziennikarzy i komentatorów – przynajmniej do mikrofonu – „k….” raczej nie pada, chociaż w Internecie na pewno znajdą się wyjątki. Dziennikarzom i komentatorom po prostu nie wypada, więc musieli znaleźć sobie słówko zastępcze. Testowali, sprawdzali, próbowali, eksperymentowali i szukali, aż znaleźli.

To słówko zastąpiło im nie tylko przecinek, ale również kropkę, dwukropek, trzykropek, średnik, myślnik i wszystkie inne znaki przestankowe (edytora tekstu proszę, żeby jednak nie zmieniał na „przystankowe”). Może nawet cudzysłów i nawias, tego jednak nie jestem pewien, ponieważ interpunkcja radiowo-telewizyjna trochę się różni od pisanej.

To słówko jest zaimkiem. Zaimków znamy – jak by powiedzieli niektórzy – „całe mnóstwo”, ale na potrzeby tego tekstu wystarczy nam „pół mnóstwa”. Mamy zatem zaimki rzeczowne, przymiotne i liczebne (te są odmienne) oraz przysłowne (tych nie odmieniamy). Ten podział nas jednak nie interesuje; nas interesuje podział zaimków ze względu na funkcje. A tych funkcji jest aż dziewięć, więc przejdźmy od razu do zaimka dzierżawczego – mój, twój, jej, nasz...

Słówkiem awaryjnym, wręcz ukochanym przez komentatorów, jest „swój” we wszelkich formach i odmianach. Czy ktoś jeszcze nie słyszał podczas transmisji sportowej zwrotów (to bardzo krótka lista przykładów): „W pierwszym składzie swojej drużyny”, „Zaatakował rywala swoją prawą nogą”, „Miał swoje sytuacje”, „Stanął przed swoją szansą”, „Zaliczył swoją asystę”, „Zadebiutował w reprezentacji swojego kraju”? Jedna ręka do góry, palce drugiej na klawiaturę – zgłoszenia przyjmuję w dziale „Komentarze”.

Kilku innym zwrotom z tej serii należy się jeszcze słowo złośliwego komentarza. „Napastnik ma na swoim koncie pięć goli”... Oj, to ten napastnik jest biedny, bo bramkarz może mieć nie jedno, a pięć kont. Czystych, rzecz jasna. Koledzy, mówcie: „W pięciu meczach nie puścił gola”. Jeśli już koniecznie musicie o tych kontach, to niech zostanie w liczbie pojedynczej, bo „pięciokrotnie zachować czyste konto” to dla bramkarza chyba nie wstyd, prawda?

Zaimkom wskazującym też się coś od życia należy. Zawsze można usłyszeć, że coś się stało „w tej drugiej połowie” albo na pewno stanie się „w tym trzecim secie”. Panowie (panie rzadziej komentują, więc rzadziej się mylą), ile – waszym zdaniem – może być „tych” drugich połów i trzecich setów? Czy po chwili namysłu nie przyznacie, że jedna lub jeden wystarczy?

Gdybym był napastnikiem, też chciałbym „strzelić swojego gola”. Gdyby jednak trener kazał mi stanąć między słupkami, to stanowczo wolałbym puszczać cudze gole. Żeby ktoś nie pomyślał, że używam sobie tylko na komentatorach piłkarskich... Tenisowi zachwycają się na przykład Rogerem Federerem, który „w swojej karierze” wygrał 17 turniejów Wielkiego Szlema. Czy nie mógłby jednego z nich, najlepiej Wimbledonu, wygrać w mojej karierze (ależ to brzmi!)? Po Puchar Davisa łapy nie wyciągam, bo Federer ma tylko jeden. Zresztą od niedawna i jeszcze nie zdążył się nim nacieszyć.