Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzaje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzaje. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 lutego 2018

Akcja trzech na jedną

Zacznę od Pjongczangu, bo później już może nie być okazji. Wbrew zasadom polszczyzny, ale zgodnie z ustaleniami Komisji Standaryzacji Nazw Geograficznych, nazwę miasta-gospodarza trwających właśnie zimowych igrzysk olimpijskich pisze się przez „j”. Trochę to dziwne, bo po spółgłosce „p” aż prosi się o samogłoskę, czyli „i”. Dobrze chociaż, że jak należy Pjongczang odmienia się przez przypadki.

Szczerze mówiąc, nie przepadam za igrzyskami zimowymi. Nie kręcą mnie, w przeciwieństwie do większości mojej rodziny, krewnych i znajomych, nawet skoki narciarskie. Wręcz obiecywałem sobie, że nie będę tracił cennego czasu, a pracę zaniedbam najwyżej dla hokeja na lodzie, bez którego – jak letnich bez lekkiej atletyki – nie wyobrażam sobie igrzysk zimowych.

Słowa danego sobie tak pochopnie oczywiście nie dotrzymałem. Wstaję wcześniej niż zwykle, idąc do łazienki szukam pilota, a w drodze powrotnej już skaczę po kanałach. Z rozpędu zapowiedziałem na Twitterze amnestię dla komentatorów piłki nożnej. Do końca igrzysk mogą pleść, co tylko ślina im na język przyniesie. Dochodzą mnie słuchy, że wielu stara się jak najlepiej wykorzystać tę okazję.

Do nich jeszcze zdążę wrócić, teraz wracajmy do hokeja. Turniej olimpijski zaczął się od meczów kobiet. Szczerze? Może finały, ale meczów grupowych nie dało się oglądać. Słuchać zresztą też nie za bardzo. „Lista strzelców”, „dwa na jednego”, „trener Japonek wycofa bramkarza”, „jak to ocenią sędziowie” (a kobietom sędziują kobiety) – to przykłady z zaledwie jednej tercji. Słabo się przygotowali do pracy panowie komentatorzy, bo do końca meczu nie zauważyli, kto grał.

Następnego dnia poprawili się, ale tylko trochę. Opowiadali bowiem o „akcji trzech na jedną”. Spojrzałem na zegarek, do dwudziestej drugiej i bloku programów dla dorosłych brakowało jeszcze kilku godzin... „Ona była tym, która atakowała” – czyżby właśnie objawiła się trzecia płeć? „Zawodniczka wróciła z ławki kar i mamy pięciu na czterech”... Ręce opadają, pilot wypada z dłoni, a ja – bo w tych okolicznościach nie wypada zrobić już nic innego – odpalam komputer i wracam do pracy.

Leń w olimpijskiej formie, więc łatwo wygrywa. Wstaję od laptopa, przepraszam się z telewizorem. Przerwa była na tyle długa, że włączam się na inny mecz z innymi komentatorami. Ci już zdążyli się zorientować, że mają do czynienia z kobietami, bo mówili o strzelczyniach goli, ale również o „sędzinach”. Nie wiem, czy MKOl i IIHF zgodziły się, aby mecze na igrzyskach prowadziły żony sędziów. Na wszelki wypadek może przypomnę, że w liczbie pojedynczej są „ten sędzia” i „ta sędzia”, zaś w mnogiej – „ci sędziowie” i „te sędzie”. Od razu muszę zastrzec – bo ktoś może mi odpłacić złośliwością i zarzucić podejście nadto ortodoksyjne – że w języku potocznym można sobie pozwolić na „sędzinę”. Od osób, które – świadomie lub nie – są nauczycielami polskiego dla tysięcy telewidzów, należy jednak wymagać trochę więcej niż zaliczenia na tróję.

Ile razy podczas igrzysk, które dopiero dobijają do półmetka, usłyszałem „idealny remis”, „póki co” czy „w cudzysłowiu”, z braku czasu nie liczę. Wzruszyła mnie natomiast uwaga komentatora skoków narciarskich (tak, nie zdzierżyłem i oglądam prawie wszystko jak leci, nawet saneczkarstwo, curling i narciarstwo prawie tak dowolne, jak szyk przestawny w języku komentatorów telewizyjnych). Jeden z nich powiedział mianowicie, że zawodnik „skoczył 90 ledwo metrów”. „Ledwo 90” bym zrozumiał, ale „ledwo metrów”? Też bym wolał skoczyć 90 jednostek większych od metra, jednak żadna nie przychodzi mi do głowy. Najbliższy metra jest jard, lecz krótszy, więc „90 ledwo jardów” miałoby nawet jakiś sens.

Igrzyska skończą się za dziewięć ledwo dni, zatem następny odcinek może być już o piłce nożnej. Nic nie trwa wiecznie, a zwłaszcza amnestia ogłoszona przez kogoś, kto oszukuje samego siebie. 

czwartek, 5 lutego 2015

Obydwoje pomarańcze

Język nie ma płci, ale ma rodzaje. Mogłoby się wydawać, że to jedna z najłatwiejszych lekcji gramatyki, jakie przerabialiśmy w szkole podstawowej. Kiedy oglądamy telewizję, słuchamy radia, a nawet czytamy prasę (o internecie raczej nie warto wspominać), praktycznie codziennie przekonujemy się, że nie wszyscy odrobili tę lekcję.

Najłatwiej przypisać rodzaj do rzeczownika. Rzeczownik – nawet kawaler czy bardziej współczesny singiel – nie jest wcale samotnikiem. W polszczyźnie ma bardzo liczne towarzystwo. Czasowniki, przymiotniki, zaimki i liczebniki dzielą z nim, zresztą bardzo chętnie, trud odmiany przez rodzaje. Żeby była w tym jakaś logika, przyjmują – jak żona nazwisko męża – rodzaj rzeczownika.
Śluby, jak wiadomo, są najczęstszą przyczyną rozwodów. Prawo cywilne na to pozwala, natomiast związek rodzajowy rzeczownika z innymi częściami mowy jest nierozerwalny. Co język polski złączył, człowiek niech nie rozdziela!
Są jednak tacy, którzy – oczywiście nieświadomie – plączą męski, żeński i nijaki, jakby w zdaniu obowiązywały jakieś parytety. „Te” podanie – powiedział niejeden komentator – otworzyło komuś drogę do bramki. Być może, ale powinno to być „to” podanie. Błąd popełnił komentator, nie pomylił się natomiast napastnik i jego zespół wygrał mecz – zdaniem tego samego lub innego sprawozdawcy – „dwoma” bramkami. Wolałbym, żeby wygrał „dwiema”, jeśli nawet kibicowałem drużynie przeciwnej.
Nie dotyczy to wprawdzie odmiany przez rodzaje, lecz przez przypadki, ale też oskarża dziennikarzy (nie tylko sportowych) o niechlujstwo. Zawodnik kopnął „tą” piłkę, policja bada „tą” aferę, a pani od pogody przedstawia „tą” prognozę. Po trzykroć „tę”!
Do niedawna komentatorzy tenisowi (piłkarscy są grupą niskiego ryzyka), widząc na stołku lub przy linii kobietę, dość często tytułowali ją „sędziną”. Dziś już prawie wszyscy mówią poprawnie „sędzia”, choć niektórzy dodają jeszcze asekuracyjnie, że to „pani sędzia” (lub „pani arbiter”). Sędzina to żona sędziego, o czym uprzejmie informuję reporterów od wszystkiego. Sprawozdawcy sądowi dobrze o tym wiedzieli, ale ich zawód już praktycznie zaginął.
Nie wiem skąd się wzięła maniera mówienia o dwóch mężczyznach „obydwoje”. Zapewniam, że słyszałem to nie tylko podczas transmisji meczu piłkarskiego. Sportowcy obojga płci coraz częściej przyznają się do orientacji homoseksualnej, lecz polszczyzna jeszcze za tym nie nadąża, bo nie jest aż tak postępowa. Nawet o dwóch gejach należy zatem mówić „obydwaj”. W przypadku dwóch lesbijek nikomu nie przyjdzie przecież do głowy (a konkretnie na język), aby powiedzieć inaczej niż „obydwie”.
A na koniec apel, prośba, błaganie – traktujcie to, jak chcecie – do sprzedawców i kupujących: mówciej o „tej pomarańczy”, a nie o „tym pomarańczu”! Chciałbym docenić, że zachowujecie związek rodzajowy rzeczownika z zaimkiem, ale nie potrafię. Jeśli się nie poprawicie, to naślę na was „kontrol”!