Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarze. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 grudnia 2014

Szkoda, że państwo to słyszą


– Szkoda, że państwo tego nie widzą! – ubolewali komentatorzy radiowi, kiedy na stadionie lub w hali sportowej działo się coś bardzo ciekawego. Być może nadal tak ubolewają, ale kto jeszcze słucha dziś radia poza samochodem? Może sami radiowcy... Teraz wszyscy kibice siedzą przed telewizorami, niektórzy nawet przed telewizorami podłączonymi do dekoderów, i oglądają.
Oglądają i słuchają tego, co mówi redaktor... Nie, nie będzie żadnych nazwisk, choć kilku kolegów nalegało, bo co to za blog, jeśli nie będzie w nim „z grubej rury”. Nie o nazwiska jednak mi chodzi, choć moi znajomi doskonale wiedzą, na dźwięk czyjego głosu wyłączam fonię i szukam komentarza w radiu, a w skrajnych przypadkach w ogóle rezygnuję ze śledzenia meczu. W tym blogu będę pisał tylko o błędach, jakie najczęściej popełniają komentatorzy telewizyjni, zresztą nie tylko sportowi, a nie o nich samych.
Tak, wiem, to praca trudniejsza niż pisanie do gazety. Dziennikarzowi prasowemu, choćby nawet dyslektykowi, z pomocą śpieszą edytory tekstu, które podkreślają wężykiem najbardziej oczywiste byki. Komputer pozwala unikać błędów ortograficznych nawet autorom niemającym pojęcia o ortografii.
Pomijam fakt, że do pracy przy mikrofonie nie biorą przypadkowych ofiar z łapanki i że za tę robotę całkiem dobrze płacą. Nie zazdroszczę, bo raz w życiu dałem się namówić na sprawozdanie na żywo i wiem, że nie jest to łatwy kawałek chleba.
Jestem wyczulony – mój bratanek uważa, że wręcz przeczulony i często po prostu złośliwie i niepotrzebnie się czepiający – na poprawność językową. Może to objaw zboczenia zawodowego, ale od dziś co tydzień – w każdy piątek, kiedy zaczyna się kolejka ligowa – będę wytykał kolegom najbardziej rażące i najczęściej powtarzane błędy. Młodzież ich słucha i odchodzi sprzed telewizora z przekonaniem, że tak właśnie należy mówić.
Mam świadomość, że im więcej „lajków”, tym mniej kolegów. Żeby trochę wyrównać szanse w wytykaniu sobie nawzajem błędów, wszystkich zachęcam do lektury miesięcznika „Tenisklub”, w którym coś-tam robię, a nieomylny niestety nie jestem. Czytajcie, szukajcie i komentujcie.
Start honorowy tego blogu mamy już za sobą, za tydzień start ostry. Jeśli się wam spodoba, dodajcie do ulubionych; jeśli nie, prześlijcie link najlepszym znajomym. No i nie zapominajcie o komentatorach!