Kilka razy w roku mam trudną
przyjemność znaleźć się nie przy głośniku, lecz przy mikrofonie. Dziennikarz
prowadzący program zadaje pytania, ja – lub my – mam odpowiadać. Chciałbym to
robić i pięknie w formie, i ciekawie w treści. Mam świadomość, że nie zawsze mi
się udaje. Dziennikarz-bloger piszący o polszczyźnie w mediach też ma prawo do popełniania
błędów, prawda?
Samokrytykę wygłosiłem, wymówkę
sobie zapewniłem, linię obrony nakreśliłem, więc mogę ruszać do ataku. Dziś piszę
„po linii” – jak mawiali działacze partyjni w czasach słusznie minionych –
radiowej.
W stacji – niestety jednej z tych,
których słucham naprawdę chętnie – reporter opowiadał o niedawnych wydarzeniach
na Ukrainie. „Samochód na numerach z Kościerzyny brał udział w strzelaninie”.
Ledwo zanotowałem to zdanie, a tu kolejna rewelacja: „O tym, że auto walczy na
Ukrainie..”...
W tym miejscu wypada podkreślić,
że komentatorzy sportowi mają o wiele trudniejszą pracę. Muszą mówić na żywo, a
wtedy znacznie łatwiej o popełnienie jakiegoś przejęzyczenia. Powtarzania w
nieskończoność błędów, z których cała Polska śmieje się jeszcze od czasów
przedinternetowych, nie usprawiedliwiam. Zwracam tylko uwagę, że reporter
„niusowy” ma czas, aby przygotować się do relacji, i nie musi mówić wszystkiego
z głowy, czyli – jak sobie we własnym gronie żartują dziennikarze – z niczego.
Samochód nie może brać udziału w
strzelaninie ani czynnego, ani biernego. Nawet pistolet nie może. Co innego
żołnierz, policjant czy zwykły bandyta. „Auto walczy na Ukrainie...” – w tym
przypadku, jako dziennikarzowi sportowemu, najbardziej zabrakło mi wyniku tej
walki.
Z innej stacji, już mniej przeze
mnie lubianej, dowiedziałem się, że jacyś ludzie „nie potrafią angielskiego”. Nieuki
czy co? Ja nie mam do nich żadnych pretensji, skoro w polskim radiu (małe
litery, bowiem nie chodzi tu o Polskie Radio) prezenterzy nie potrafią nawet
polskiego.
Jest też w naszym eterze stacja,
której słucham z mieszanymi uczuciami. Muzyka mi odpowiada, i to bardzo, czego
nie mogę powiedzieć o prowadzących jedno z pasm programowych. Dwóm facetom
wydaje się, że są bardzo dowcipni, jednak z tych niby-żartów śmieją się chyba
tylko oni dwaj. Ponieważ ich nie lubię, czego nie ukrywam, więc właśnie ich
wykorzystam do omówienia często popełnianego błędu.
„Czas zamienić tenisa na piłkę” –
powiedział jeden z nich. Pisaniem o tenisie zajmuję się zawodowo od 23 lat. Do
tej pory w bierniku liczby pojedynczej zawsze używałem formy „tenis”, ale
robiłem to intuicyjnie. Żeby ktoś mi nie zarzucił, że jestem jak policjant z
drogówki przekraczający jednocześnie dozwoloną prędkość i podwójną ciągłą,
przygotowałem się także z teorii. „Tenis” jest rzeczownikiem nieżywotnym
rodzaju męskiego z IV grupy deklinacyjnej. Oznacza to, że w bierniku przyjmuje
formę mianownika.
Całe szczęście, bo gdyby „tenis” był
choć trochę żywotny, to ci dwaj mieliby nie tylko rację, ale i powód do naśmiewania
się ze mnie. Ja jednak, jeszcze bardziej niż zwykle (o ile to w ogóle możliwe),
znów bym nie zrozumiał ich żartu.