czwartek, 27 kwietnia 2017

Nieoczekiwana zmiana miejsc

Poeta z „Rejsu” skarżył się, że nie można być jednocześnie twórcą i tworzywem. Jak to – nie można? Od ponad 30 lat przeprowadzam wywiady – głównie ze sportowcami, ale nie tylko – a niedawno sam musiałem odpowiedzieć na kilkadziesiąt pytań. To bardzo łatwe, bo wcześniej znałem odpowiedzi.

Nie pisałbym o tym, gdyby powodem wywiadu nie był ten blog. Wybaczcie, że skorzystam z okazji i teraz trochę się polenię. Raz, że zbliża się najdłuższy weekend nowoczesnej Europy; dwa, że pan Dawid Szymczak proponuje znacznie więcej czytania niż ja.

A teraz proszę kliknąć tutaj i zachować dystans. Nawet ja sam ze sobą nie zawsze się zgadzam. ;-)



czwartek, 13 kwietnia 2017

Miąższ z Okrasą

Nie będę opowiadał o wyższości świąt Wielkiej Nocy nad Bożym Narodzeniem, bo ani nie jestem Janem Tadeuszem Stanisławskim, ani tym bardziej profesorem, a Boże Narodzenie w połowie kwietnia ma szanse jeszcze mniejsze niż – nie przymierzając – moi ulubieni komentatorzy na piątkę z polskiego.

Komentatorom dam dziś wolne. Opowiem o moim ulubionym programie kulinarnym. Raz nawet skorzystałem z podsłuchanego przepisu (przecież nie napiszę, że podejrzanego, chociaż wszystko można było obejrzeć), a wymagająca rodzina nie tylko nie wyrzuciła przez okno garnka z zawartością, a mnie zaraz za nim – moja rodzina poprosiła o dokładkę! Fakt, nie cała...

Przepraszam, że tak się chwalę, ale ciągle słyszę i czytam zarzuty, że na tym blogu tylko ganię, łajam, wymądrzam się i pouczam i że w ogóle nic mi się nie podoba. Teraz, kiedy udało mi się napisać coś pozytywnego – a co w tym złego, że o sobie? – malkontentów też na pewno nie zabraknie.

No dobrze, trochę sobie podworowałem, więc czas posprzątać po przystawce i podać danie główne. Już wspomniałem, że to mój ulubiony program o gotowaniu. Nie układam planu dnia tak, aby nie przegapić kolejnego odcinka, ale zawsze, kiedy pilot wykryje, że właśnie „Okrasa łamie przepisy”, zatrzymuję się na kwadrans i oglądam.

Pan Karol jeździ sobie po Polsce i promuje kuchnię regionalną (a przy okazji sieć sklepów). Potrawy, o których potem opowiada przed kamerą, są więc bardzo urozmaicone. Poza solą i pieprzem wszystkie mają jeszcze tylko dwa identyczne składniki. Pierwszy to kolendra – pan Karol sieka ją w każdym odcinku i dodaje do wszystkiego, co akurat pitrasi.

Drugi to zdrobnienia. Jeśli wymsknie mu się jedno na pięć minut nagrania, to jeszcze nie razi. Kiedy jednak czosneczek goni kromeczkę, ciasto przewraca się na drugi boczek, a gulasik zaczyna przyjemnie pachnieć, ja zaczynam się zastanawiać, czy to nie jest przypadkiem program dla dzieci. Dla pana Karola nawet żółtko jest zdrobnione niedostatecznie, więc wspomniał coś tam o żółteczku.

Krytykuję, bo jeśli kucharz przesoli, to najsmaczniejsza i najbardziej wykwintna potrawa staje się niejadalna. Jedno zdrobnienie za dużo i ciekawy program zamiast bawić, zaczyna irytować. Powie ktoś, że tylko mnie. Być może, ale czy szef kuchni nie stara się dogodzić nawet najbardziej marudnemu klientowi restauracji?

Pokroić, posiekać, wycisnąć czy zmiksować miąższ potrafi każdy. A zdrobnić?

czwartek, 30 marca 2017

Moment z telemarkiem

– Fajny film wczoraj widziałem – jak zwykle zagaił Jędrek.
– Momenty były? – to, jak zwykle, najbardziej interesowało Mańka.
– No masz! Najlepiej jak...

Tak przez lata Andrzej Zaorski i Marian Kociniak – czyli kultowa Para-Męt Pikczers – dyskutowali sobie w „Trójce” o kulisach srebrnego ekranu. Nie wiem, jak teraz, ale wtedy „moment” był synonimem sceny erotycznej. Z wieku, w którym ten aspekt filmu był najważniejszy w recenzji, niestety już dawno wyrosłem, a dziś słowo „moment” kojarzy mi się źle.

Zgrzytało mi w uchu i zgrzytało, aż wreszcie zajrzałem do pomocy naukowych. Zwroty, o których chcę dziś napisać, językoznawcy określają mianem kancelaryzmów (wyrażeń charakterystycznych dla stylu urzędowego). Dawniej była to tylko neutralna kategoria opisowa, ale ostatnio nabrała cech epitetu. Poloniści niech piętnują, a ja tylko trochę sobie pożartuję.

Zwrot „na ten moment” – od czasu do czasu na zmianę z „na tę chwilę” – dziennikarz prowadzący studio powtarzał jak refren. Pomyślałbym, że to może dzień świstaka, ale nie – po każdym oświadczeniu, który zespół „na ten moment” zagra w następnej rundzie, telewizor przenosił mnie na inne boisko.

Pół biedy, jeśli komentator mówi „na tę chwilę”, chociaż nie wiem, dlaczego sięga po język urzędowy, aby opisać rywalizację sportową. Gdy słyszę – wcale nie tak rzadko – „na tą chwilę”, sięgam już po epitety, przy których „Ty kancelarysto!” brzmi jak komplement.

Dziennikarze wszelkich specjalności, sportowi nie są pod tym względem ani gorsi, ani lepsi, uwielbiają spekulować. Zawsze mają jakiegoś faworyta, który powinien wygrać wybory albo mecz. „Nie sądzę, aby miała spaść na ten moment” – powiedział komentator o drużynie, która radzi sobie znacznie poniżej możliwości. Może – jak kot – spadnie nie na moment, a na cztery łapy i zostanie w ekstraklasie?

Skoczkowie skaczą, a komentatorzy opisują ich wyczyny. „Wskoczył na ten moment na ósme miejsce” – poinformował dziennikarz. Wychowany na boisku lekkoatletycznym od razu pomyślałem o trójskoku, ale coś mi nie pasowało. Wcale nie śnieg zamiast tartanu i nie narty zamiast kolców. Zabrakło mi jednego odbicia, bo po pierwszym zawodnik wylądował na tym momencie, a po drugim – na ósmym miejscu. Na pewno chciał wylądować na pierwszym, ale oblał test z celności lądowania (to jedna z konkurencji spadochroniarstwa).

Wydaje mi się, że przydałby się spójnik – na przykład „i” – bo wtedy zdanie „Wskoczył na ten moment i na ósme miejsce” straciłoby sens, natomiast sporo by zyskało na poprawności stylistycznej. Dodatkowej dramaturgii skokowi na moment dodałby spektakularny upadek. Lądowania na momencie z telemarkiem nie biorę pod uwagę.

– Fajny mecz wczoraj widziałem – jak zwykle zagaił Jędrek.
– Momenty były? – jak zwykle to najbardziej interesowało Mańka.
– No masz! Najgorzej jak...

czwartek, 16 marca 2017

Żargonauci

„Czytam! Czasem bywasz nadmiernie złośliwy! Bo praca na żywo to praca sapera. Nie da się – jak z tekstem – zrobić wszystkiego na tiptop” – napisał do mnie na Twitterze Tomasz Smokowski. Przepraszam, że z odpowiedzią trochę się ociągałem, ale już od pewnego czasu taki cykl ma mój blog: raz na dwa tygodnie tych nadmiernych złośliwości wystarczy.

Nie każdy telewidz ma możliwość oglądania meczów z komentarzem Tomka, ponieważ Tomek jest zakodowany. Oczywiście nie jest nieomylny i nie wszystko, co mówi, jest na tiptop, ale gdyby wszyscy jego koledzy radzili sobie na tym polu minowym tak jak on, pisałbym „Polisza” najwyżej raz na kwartał albo w ogóle bym przestał. To naprawdę uprzejme ze strony Tomka, że stanął w obronie nie kolegów.

Od czasu do czasu docierają do mnie sugestie, abym walił prosto z mostu i po nazwiskach, a wtedy grono mniej lub bardziej stałych czytelników nie zamykałoby się liczbą trzycyfrową. Mnie wcale nie zależy na tłumie, bo po co mi hejt w komentarzach?

To nie komentatorzy są moimi bohaterami, lecz popełniane przez nich błędy. Podzieliłbym je na kilka grup. Pierwsza to zwroty powtarzane z takim przekonaniem, z taką konsekwencją, jakby były normą. Ktoś, kto próbowałby nauczyć się języka polskiego tylko oglądając sport w telewizji, raczej nigdy nie nauczyłby się mówić poprawnie. Tomku, ile razy trzeba tłumaczyć, że nie można „trafić z najbliższej odległości”? Zwłaszcza niecelnie...
  
Druga kategoria błędów to lapsusy wynikające chyba z chęci popisania się przed telewidzami, bo innej przyczyny nie znajduję. Niedawno razem z Tomkiem śmiałem się na Twitterze ze stwierdzenia, że tenisista „przejawiał żądło kreatywności”. Komentator chciał dobrze, a wyszło jak zawsze, czyli słabo.

Irytuje mnie, czemu daję wyraz – moim zdaniem – wciąż nie dość złośliwie, bezmyślne zaśmiecanie języka polskiego anglicyzmami. Pół biedy „korner”, bo przyjął się już dawno, chociaż nadal wolę „rzut rożny”. Ale te „pasy” (zwłaszcza ortogonalne i diagonalne), „progres”, „presowanie”... Muszę jednak przyznać, że polszczyźnie komentatorskiej na szczęście jeszcze daleko do nowomowy korporacyjnej.

Wszyscy powtarzają, że piłka nożna to prosta gra, więc dlaczego by nie opisywać jej prostym językiem? Piłkarze już nie oglądają żółtych kartek, oni muszą je otrzymać. Gdyby chociaż je dostawali... Nie mają talentu, bo w telewizji talent wypada posiadać. Wynik nigdy się nie zmienia, lecz ulega zmianie. O „takowych” i innych ekscesach stylistycznych nie ma sensu pisać jeszcze raz, bo tu można podejrzeć.

Pomocnicy grają „na procencie” celnych podań (uff, bo za pierwszym razem przestraszyłem się, że pod wpływem alkoholu), skrzydłowi biegają „na sprincie”, obrońcy walczą „na ambicji”, bramkarze wychodzą do dośrodkowań „na ryzyku”, a całe drużyny grają „na entuzjazmie”. Ktoś zapoczątkował tę modę, ale po co aż tylu naśladowców?

O „stałym fragmencie gry” już pisałem, wspominam teraz i zapewne jeszcze kiedyś napiszę, bo nie mogę zrozumieć, dlaczego komentator nie chce mi powiedzieć, czy to rzut wolny, czy rożny. Może akurat wyszedłem do kuchni po kawę i nie widzę ekranu? Po co uogólniać, jeśli bez straty czasu można coś nazwać konkretnie i po imieniu?

„Uderzył zbyt niecelnie, aby zaskoczyć bramkarza” – ocenił komentator. Tomku, te słowa nie padły na żywo. Twój kolega czytał omówienie meczu z poprzedniego dnia, więc nie stąpał po polu minowym. Jeśli chciałbyś poznać nazwiska, zapraszam na piwo.

Pozdrawiam.

czwartek, 2 marca 2017

Walory dzierżawcze

Każda kolejka ligowa, każdy dzień i prawie każdy mecz może być dowodem w sprawie o znęcanie się nad językiem polskim. Znęcają się oczywiście nie tylko komentatorzy piłki nożnej, ponieważ jednak oni robią to ze szczególnym okrucieństwem, im – z okazji jubileuszu – należą się wyjątkowe podziękowania. Gdyby nie oni, zanudziłbym się przed telewizorem długo przed setnym odcinkiem.

Proszę zauważyć, że wbrew namowom niektórych czytelników nie podaję nazwisk, więc mimo wszystko śmiejemy się z błędów, nie zaś z tych, którzy je popełniają. Na tak wyjątkową okazję chciałem przygotować wyjątkowe przykłady, ale czy jest sens? Jednego dnia robię notatki, już zacieram ręce, że będzie z czego się pośmiać, a tu bach: nazajutrz cały pomysł się wali, bo kolejny komentator zadaje polszczyźnie jeszcze mocniejszy cios.

Zacznę od przykładów, które nie były wprawdzie ciosami poniżej pasa, ale padły seryjnie – w kilkuminutowym skrócie jednego meczu. „Kapitalna sytuacja staje przed drużyną X” – emocjonował się dziennikarz. Sytuacja stanęła i sama się zmarnowała, bo gol nie padł. „Gracze tej drużyny proszą, a konkretnie osoba Y” – tu padło nazwisko piłkarza. „Zawiódł mnie Z” – komentator nie okazał litości zawodnikowi. Osobę redaktora proszę o większą odpowiedzialność za słowo. Jak ten biedny piłkarz Z będzie mógł dalej żyć ze świadomością, jak wielką krzywdę wyrządził mistrzowi mikrofonu?

Przepraszam, że już nie pamiętam, czy kolejne zdanie w cudzysłowie ma tego samego autora, co trzy poprzednie, czy może innego. Mam na myśli dwóch konkretnych, a każdy z nich ma dość talentu, aby wpaść na pomysł, że to było „głównie własne padnięcie”. Sędzia nie uwzględnił opinii komentatora i zarządził rzut karny, a ja jak padłem, tak leżę. Padłem sam, lecz będę się jednak upierał, że sfaulował mnie głos z telewizora.

Mottem jednej z drużyn angielskiej ekstraklasy jest stwierdzenie, że „w tej grze chodzi o chwałę”. No nie wiem... Kiedy słucham komentatorów skarżących się, jakoby „problemem tej drużyny były strzelone gole”, chwałę zostawiam innym, a sam zaczynam się zastanawiać całkiem przyziemnie, czy piłka polega na strzelaniu goli, czy raczej niestrzelaniu. Jeszcze nie słyszałem, aby ktoś był zbyt skuteczny, ale może – co całkiem prawdopodobne – na futbolu po prostu się nie znam?

Inny komentator zaimponował mi spostrzegawczością. „Z meczu na mecz wyglądają coraz lepiej” – pochwalił całą drużynę. Czy ja wiem... Przecieram oczy, zmieniam okulary na mocniejsze i nadal widzę, że od poprzedniego meczu ani wyraźnie nie schudli, ani nie przytyli; ani nie urośli, ani się nie skurczyli; opalać się nie mają gdzie, a nic nie wskazuje, aby całą drużyną wybrali się do solarium. Fryzury też wydały mi się jakby takie same jak przed tygodniem, choć może włos dłuższy o milimetr rzeczywiście robi różnicę. Jeśli rzecz w tym, aby na boisku wyglądać dobrze, jeszcze lepiej i w końcu najlepiej, to trzeba zwolnić trenerów szkolenia początkowego, a na ich miejsce zatrudnić speców od castingów.

„Piłkarz pokazał swoje walory” – dostrzegł komentator. A ja dostrzegam podtekst i wyjątkowo przestaję się czepiać nadużywania zaimków dzierżawczych. Można przecież wyobrazić sobie – świntusząc lub nie – jak zawodnik naprawdę pokazuje publiczności swoje walory. Albo walory kolegi, w końcu to gra zespołowa. Grając fair, wypada pokazać nawet walory rywala, chyba że będzie się wstydził.

Ja całkiem bezwstydnie będę pisał dalej. Jeśli komuś potrzebne uzasadnienie, niech jeszcze raz przeczyta pierwsze zdanie. Odcinek 101. za dwa tygodnie.