czwartek, 22 września 2016

Zgodność polskiego z matematyką

Przez dziesięć dni urlopu za zakupy płaciłem czym popadnie – raz kartą (tą z reklamy), raz gotówką. Jak to na Podlasiu – wyszło całkiem tanio, a wręcz bezcenny był brak dostępu do internetu.

Telewizor mógł sobie grać do woli. Gospodarz – Staszku, jeszcze raz dziękujemy! – ogląda akurat te programy, których ja nie oglądam, a z kolei te, o których tu piszę, zupełnie nie interesują Staszka.
Chcąc być wzorowym gościem, nie nadużywałem kanałów sportowych. Wyjątek – na prośbę przyjaciół z Niemiec – zrobiłem tylko dla Ligi Mistrzów. Mecz Legii z Borussią podałem na talerzu satelitarnym (ARD lub ZDF, już nie pamiętam), więc żadnych notatek nie zrobiłem. Nie szkodzi – jako bloger zbliżam się do setki i od czasu do czasu mogę liczyć na stałych czytelników .
Maciek podsunął mi temat liczebników. Zawsze na czasie, bo wielu dziennikarzy (to ci, którzy mówią lepiej lub gorzej, ale zwykle od siebie) i lektorów (ci, mam wrażenie, potrafią tylko czytać, a i to nie zawsze ze zrozumieniem) nie przywiązuje się do związku zgody. Z takim związkiem mamy do czynienia, gdy forma wyrazu określającego pasuje do formy wyrazu określanego. Krótko mówiąc – muszą się zgadzać przypadki, liczebniki, rodzaje i wszystko, co ślina na język przynosi.
„Źródła w służbach bezpieczeństwa podały, że jest co najmniej 22 ofiar śmiertelnych” – Maciek podsunął mi pierwszy cytat. Z faktami nie polemizuję, ale w tym zdaniu nic się nie zgadza. Jeśli słyszymy, że jest dwadzieścia ileś ofiar, to spodziewamy się, że 20, 21, 25 może 26 albo nawet jeszcze więcej. Jeśli jednak poszkodowanych było 22 (ewentualnie 23 lub 24), to trzeba powiedzieć (przeczytać), że są 22, 23 czy 24 ofiary.
Ponieważ Maciek mieszka w Poznaniu, to o Lechu wie wszystko. „Piętnastu piłkarzy pojechali na mecz, czterech leczą kontuzję” – kręcę głową z niedowierzaniem, że to mógł powiedzieć dziennikarz. Maciek dobił mnie informacją, że coś takiego przeczytał! Tłumaczyć, dlaczego ten cytat trafił na „Polisz”, nie ma sensu. Autor – obawiam się – nie zrozumie, a czytelnicy i tak dobrze wiedzą.
Aby nie nadużywać Maćka uprzejmości, sięgam po notatki sprzed urlopu. „Było już cztery bramki straty” – przypomniał sprawozdawca. „Dzieli ją tylko trzy punkty” – inny próbował zbudować napięcie na informacji, że różnica niewielka, więc wszystko może się jeszcze zdarzyć. Tak dokładnie rachowali gole i punkty, że zapomnieli o związku zgody.
I jeszcze, choć to dość luźny związek, o innej niezgodności. „Piłkarz wejdzie na boisko od 46. minuty” – zapowiedział komentator. Otóż nie. Od 46. minuty piłkarz będzie grał, a na boisko wejdzie w 46. minucie. Tak samo rok szkolny nie zaczyna się od 1 września, lecz trwa od tego właśnie dnia.
Czynności rozciągniętej w czasie nie można przypisać do konkretnej chwili; taka czynność działa się od do, a jeśli jeszcze trwa, to tylko od. Czas wejścia piłkarza na boisko czy rozpoczęcia roku szkolnego możemy natomiast określić bardzo dokładnie posługując się zegarem albo kalendarzem.
Gdy tylko rozpocznie się sezon sportów zimowych, z ekranów telewizorów znikną piłkarze, a pojawią się skoczkowie narciarscy. Założę się, że już podczas pierwszej, a najpóźniej trzeciej transmisji, komentator powie, iż zawodnik wylądował – przykładowo – na sto drugim metrze i pięćdziesiątym centymetrze. I to będzie błąd. Jeśli powie, że skoczył sto dwa i pół metra, to w porządku.
W tym przypadku o poprawności (lub nie) przesądza matematyka. Przecież pierwszy metr zaczyna się pierwszym, a kończy setnym centymetrem, więc wszystko, co wystaje poza 102 metry, już nie może być 102. metrem, bo jest 103. Żeby to łatwiej zrozumieć, przyłóżmy linijkę do kalendarza. Mamy rok 2016, choć od początku naszej ery jeszcze nie upłynęło 2016 pełnych lat. Wystarczy jedna sekunda tuż po sylwestrowej północy, abyśmy wkroczyli w 2017.
Niech więc Kamil Stoch i jego koledzy polecą jak najdalej, ale wynik 102,5 metra oznacza lądowanie już na 103. metrze.

piątek, 9 września 2016

Gem, set, blog

Nie wiem, czy gdybym codziennie śledził transmisje z US Open od pierwszej do ostatniej piłki, zebrałbym dwa razy więcej materiału dowodowego. Raczej nie, bo jeśli komentatorzy mieli popełnić jakiś błąd w nocy lub nad ranem, zapewne nie uniknęli go także w porze największej oglądalności.

Odnoszę niepokojące wrażenie, że o tych błędach już kiedyś chyba pisałem. Trudno, ale od czasu do czasu – niech będzie, że od Wielkiego Szlema – warto je przypomnieć. Może tym razem ktoś przeczyta i zapamięta?
Komentatorowi płacą za to, żeby mówił, jednak mówienie dla samego zagłuszania ciszy lub – co gorsza – odgłosu odbijanej piłki po prostu irytuje. Jeśli się nie mylę, to jeszcze nie płacą od każdego słowa... „Ta tenisistka zajmuje w kobiecym rankingu któreś-tam miejsce” – ogłosił komentator. A w jakim, jeśli nie kobiecym, rankingu mogłaby zajmować jakiekolwiek miejsce? – pytam.
Bardzo uspokajające wydaje mi się spostrzeżenie, że „im więcej grają, tym bardziej są zmęczeni”. Odetchnąłem z ulgą, bo już zaczynałem podejrzewać, że tylko ja się męczę. Inny pan, chyba po klasie mat-fiz, przeanalizował bilans sezonu pewnego tenisisty i odkrył, że „wygrywa, więc ma coraz więcej zwycięstw”. „Złotego mikrofonu” bym nie dał, ale może kwalifikuje się to do Nobla z matematyki?
Przed mikrofonem, niekoniecznie złotym, przydaje się przede wszystkim solidna polszczyzna, ale i szczypta logiki również nie zaszkodzi. „Amerykanka prowadzi 4:0 z przewagą dwóch przełamań”... A czy w tenisie można prowadzić 4:0 z przewagą jednego lub trzech przelamań?
Na pojedynki i turnieje wygrywane w „swojej karierze” już prawie zobojętniałem. Dawno straciłem nadzieję, że Roger Federer wygra kiedyś Wimbledon w mojej karierze. On kontuzjowany, a i z moim barkiem ostatnio nie najlepiej. Gdyby był zdrowy, to co tydzień rozgrywałby „swój mecz”. Czyli, zdaniem komentatorów, do meczu na korcie wystarcza już tylko jeden tenisista? A może to Wielki Szlem na ściance?
Tenisiści grają oczywiście po to, aby „awansować dalej”. Chyba że to finał, wtedy dalej już naprawdę się nie da. Niektórzy nie awansowali ani dalej, ani bliżej, bo popełnili za dużo „niepotrzebnych błędów”, być może nawet „całe mnóstwo”. Jeśli byłoby najwyżej pół mnóstwa błędów chociaż troszeczkę potrzebnych, to może dałoby się jakoś usprawiedliwić porażkę, zresztą już którąś-tam w „bezpośrednich pojedynkach” z tym rywalem. Nie mogę się doczekać pojedynku pośredniego, ale nie tracę nadziei.
Ile było dni turniejowych „pod rząd” bez „dnia dzisiejszego”, „sędziny” albo „w-każdym-bądź-razów”? Śmiem się upierać, że ani jednego. Zauważyłem też zbliżenie stanowisk pomiędzy komentatorami tenisa a komentatorami piłki nożnej. Ci pierwsi przyjęli od tych drugich „krótszą odległość od celu”. Teraz pozostaje czekać na smecze z „najbliższej odległości”.
„Idealny remis” zawsze sprawia, że czuję się bezradny. Ręce bezwładnie i bezładnie opadają na klawiaturę, więc czas stawiać kropkę.

PS. Tytuł mikrofonowego mistrza US Open przyznaję komentatorowi, który pięknie opowiadał, jak na korcie sprawował się Borna Korić.


czwartek, 25 sierpnia 2016

Fakt bynajmniej autentyczny

Rio de Janeiro powoli wraca do rytmu dnia powszedniego, więc skorzystam z okazji i w igrzyskach, których bohaterami są komentatorzy sportowi, zrobię kilka dni przerwy. W tym czasie, jeśli nie będę miał nic lepszego do roboty, oczywiście zamierzam wsłuchiwać się w to, co powie telewizor. A dziś ogłaszam tydzień pokoju olimpijskiego, bo chociaż nie wszyscy się z tym zgadzają, to igrzyska się skończyły, a zaczęła olimpiada.

Dziś o błędach, które codziennie słyszymy na ulicy, w tramwaju, sklepie, na imieninach u cioci... Czy macie dość odwagi, aby poprawiać na przykład teściową? Jeśli tak, to szepnijcie jej na ucho, że nie powinna mówić „w każdym bądź razie”, bo ktoś błędnie pożenił wyrażenia „w każdym razie” i „bądź co bądź”. Zamierzałem napisać, że wyszedł z tego i mezalians, i związek bez przyszłości. Pomyliłbym się, ponieważ trudno wskazać, który zwrot jest lepszego, a który gorszego sortu. A przyszłość przed tym związkiem „bynajmniej” piękna...
Ze źle pojmowanym „bynajmniej” ślicznie rozprawił się Wojciech Młynarski:
     Za kim to, choć go wcześniej nie znałem,
     Przez ciasny peron się przepychałem?
     Za Panią, bynajmniej za Panią...
Wojciech Młynarski opowiadał kiedyś na scenie o przedstawicielu suwerena, który podszedł do znanej piosenkarki i chcąc powiedzieć komplement, radośnie oświadczył: „Jest pani, niestety, czarująca!”. Czy jest z czego się śmiać? Bynajmniej. Tylko na wszelki wypadek przypomnę, że to partykuła wyrażającą przeczenie.
O „dwutysięcznym szesnastym” piszę od dwa tysiące piętnastego, czyli od „roku czasu”. Jeśli spojrzymy w kalendarz, to zobaczymy, że mamy dziś nie dwudziestego piątego czerwca, nie dwudziesty piąty czerwiec, lecz dwudziesty piąty czerwca. Ten błąd często powielają radio i telewizja, ale nie z winy dziennikarzy, reporterów i prezenterów, lecz głównie ich rozmówców.
Można się zgadzać z tym, co i jak piszą w gazetach – a niektórzy piszą tak, że chyba pora zacząć odróżniać fakty autentyczne od nieautentycznych – ale nigdy nie należy pytać: „Co tu pisze?”. Bo pisze nie co, a kto – mimo wszystko człowiek. Jeśli napisał niewyraźnie albo zbyt małymi literami, to kogoś, kto ma lepszy wzrok lub przynajmniej (nie mylić z bynajmniej) mocniejsze okulary, trzeba zapytać „Co tu jest napisane?”.
Ludzie mediów, bynajmniej (mania prześladowcza?) nie tak rzadko, czy to w „dniu wczorajszym”, czy „dzisiejszym”, popełniają ten błąd uparcie i wiele razy „pod rząd”. Trzeba przyznać, że nie próbują (dajmy dziś spokój wyjątkom) czegoś „wziąść” ani niczego „włanczać”, chociaż niektórzy bardzo „chcom” robić to, co „lubiom” – występować w telewizji.
Dlaczego powinniśmy cytować w cudzysłowie, nie „cudzysłowiu”, też już wspominałem. Kto nie pamięta argumentów Zuzi, niech „cofnie się do tyłu” i pogrzebie w blogowym archiwum. Warto. Są podobne do tych, które opisują różnicę między „przyszłem" a „przyszedłem” (niech edytor nie poprawia bez pozwolenia!). Nawracając kogoś na drogę językowej poprawności zwróćcie uwagę, że przecież nikt nie mówi „on przyszł”.
Nie wiem, skąd u mnie ta pewność...


piątek, 19 sierpnia 2016

Spartakiada młodzieży w Rio

Słuchałem uważnie, starałem się życzliwie, a wyszło jak zawsze – zrobiłem mnóstwo notatek. Wielu spośród tych, którzy mówili w Rio do mikrofonu, upierałoby się, że „całe mnóstwo”. Przyjmując ich punkt widzenia, odpowiadam, że tylko pół mnóstwa albo i mniej, bo w tym roku nie zarywałem nocy, aby śledzić igrzyska.

Większość bezwzględna wysłanników TVP i prezenterów zagadujących nas ze studia przekonywała, że oglądamy olimpiadę, a tylko nieliczni, że igrzyska olimpijskie. Niektórzy słyszeli kiedyś, że to chyba nie to samo, i starali się błysnąć. Słabo błysnęli mówiąc, że to XXXI Igrzyska Olimpijskie. Nie, proszę panów, nie XXXI, lecz – trzymajmy się już liczb rzymskich – XXVIII. Przecież Igrzyska VI, XII i XIII Olimpiady nie odbyły się z powodu wojen światowych. Można nie pamiętać, ale wypada wiedzieć.
Mam wrażenie, że przez całą olimpiadę – czyli cztery lata od igrzysk do igrzysk – komentatorzy ciężko trenowali. Ci dobrzy – nazwisk, choć jest ich niewiele, chyba lepiej nie wymieniać – utrzymali poziom i zniechęcali mnie do zabawy pilotem. Pozostali tak mocno utrwalili błędy językowe, które popełniają na co dzień, że mógłbym dziś z lenistwa przepisać połowę dotychczasowych odcinków „Polisza” i bez większego wysiłku dopasować je do transmisji z Rio de Janeiro.
Późne dzieciństwo, całą młodość i sporą część wieku dojrzałego spędziłem na stadionie lekkoatletycznym lub tuż obok niego. Przyznaję – nigdy nie widziałem na nim pchalni kulą, lecz również nie przypominam sobie, aby ktokolwiek kulą rzucał (trenerzy by się wściekli jeszcze bardziej niż ja, a sędziowie machnęliby nie ręką, a czerwoną chorągiewką). Specjalistom komentującym zawody lekkoatletyczne raz jeszcze zatem przypomnę, i będę w tym przypominaniu wręcz namolny, że kulą się nie rzuca; kulą się pcha, chociaż koło i teren wokół niego nazywa się rzutnią.
Nie tylko na bieżni lekkoatletycznej – także na torze regatowym, kolarskim czy pływalni – chodzi o czas. „Decydują ułamki czy tysięczne części sekundy” – stwierdził mój ulubiony komentator. Tak, słusznie wyczuwacie ironię, aż się prosi o cudzysłów... Mój „ulubiony” komentator uznał widocznie, że ułamkami są dziesiąte i setne części sekundy, natomiast tysięczne i jeszcze drobniejsze już nie.
Ten sam mistrz mikrofonu z uznaniem mówił o zawodniczce, która „kontroluje wszystko, co dzieje się w dystansie”. Doceniam go za podjęcie rywalizacji z kolegami, którzy często opowiadają o sportowcach „w treningu” lub „w rozgrzewce”.
Zawodnicy – nie będę wymieniał dyscypliny, sami na pewno się domyślicie – mieli do mety pod górkę. Tu podjazd, tam podjazd, a jeden „stromszy” od drugiego. Uznałbym, że to tylko przejęzyczenie, jednorazowa porażka poprawności językowej z językiem emocji, gdyby przy tej wersji stopnia wyższego przymiotnika „stromy” komentator nie upierał się także następnego dnia.
Mniej lub bardziej dosłownie wszyscy mają pod górkę, więc nic dziwnego, że na mecie bardzo się cieszą. Jedni z pokonania wszystkich rywali, inni ze zwycięstwa tylko nad samym sobą. Tę radość trzeba jakoś wyrazić. Jeśli wierzyć komentatorom sportowym i prezenterom programów informacyjnych, ulubionym sposobem okazywania szczęścia jest podnoszenie rąk. Tak, to przecież oczywiste, że do góry. To nic, że zawsze, kiedy tego słucham, ręce mi opadają. Niestety do dołu.
W jednych dyscyplinach sportowcy ścigają się od startu mety wszyscy jednocześnie, w innych stopniowo się eliminują i robią wszystko, aby „awansować dalej”. Im dalej awansowali, tym częściej komentatorzy zapowiadają „wielki finał”. A małe finały – pytam? Moim zdaniem mecz czy walka o trzecie miejsce żadnym finałem – małym czy średnim – już nie jest. Słowo „finał” www.sjp.pl definiuje tak: „w sporcie: ostateczna rozgrywka pomiędzy zwycięzcami poprzednich eliminacji”. Wcale nie jestem przekonany, czy ostatecznie przekonałem kolegów.
Obawiam się nawet, że nie przekonam ich ani „w dniu dzisiejszym”, ani „dniu jutrzejszym”. W „miesiącu sierpniu” też może mi się nie udać, bo ta maniera, podpadająca pod paragraf o pleonazmie, jest groźniejsza od wirusa Zika.
Wszyscy sportowcy – wprawdzie to nie błąd językowy, ale już niemiłosiernie raniąca ucho sztampa – „dają z siebie wszystko”. Ktoś musi czuwać, aby – próbując dać jeszcze więcej – nie przekraczali przepisów. Z rodzajem męskim liczby pojedynczej i mnogiej żaden komentator nie ma kłopotu: jest sędzia, są sędziowie. Zdarza się, niestety, że również „sędzina” i „sędziny”. Kto je tam wie, może naprawdę są żonami sędziów, ale nie z tego powodu znalazły się na igrzyskach. Zawody, proszę państwa, zawsze sędziuje sędzia, nawet jeśli jest kobietą.
Gadać przez godzinę i nie popisać się znajomością języka obcego? Zmarnowana okazja... Podczas igrzysk nasłuchaliśmy się częściej niż zwykle o „tejpach”, „tajmautach”, „progresach” i nawet o „Montenegro”, bo kto światowcowi zabroni? Były też „biczwolej” i „water polo” (co ciekawe – wcale nie „łoter”). No i tenis ziemny... W nazwie tej dyscypliny sportu (czy po polsku, czy w jakimkolwiek „lengłidżu”) nie ma przymiotników! Jeśli jednak ktoś zechce nadal się upierać, niech zwróci łaskawie uwagę, że w Rio de Janeiro w tenisa naprawdę nie grano na ziemi.
Na koniec o czymś, co mnie irytuje, i z czym walczę jak z wiatrakami. Reporter do ponad 30-letniego sportowca zwraca się na „ty”, sportowiec odpowiada reporterowi na „pan” i nikomu – poza mną? – to nie przeszkadza. W ogóle miałem wrażenie, że przez dwa tygodnie oglądałem relacje z Ogólnopolskiej Spartakiady Młodzieży. Przecież o medale i rekordy walczyły Kasia, Zosia, Małgosia (ewentualnie Małgośka), Ola, Maciek, Piotrek, Bartek, Wojtek, Przemek, Tomek i nawet Adaś… Ale w sumie nic dziwnego, przecież w Rio reprezentowali nas „chłopaki i dziewczyny”, o czym opowiadali Darek, Jacek, Jarek, Maciek, Marek, Piotrek, Przemek, Sebastian, Waldek, Włodek… Jeśli o kimś zapomniałem, to przeraszam.









czwartek, 4 sierpnia 2016

Pokuta ze słownikiem

„Czepiasz się” – mówią jedni. „Idziesz na łatwiznę” – dodają inni. Pierwsi dają do zrozumienia, że od dziennikarzy nie można wymagać, aby byli profesorami Miodkami, Bralczykami czy Markowskimi albo chociaż magistrami polonistyki. Drudzy sugerują, że opisywanie wpadek komentatorów sportowych to żadna sztuka. Niech wam będzie – dziś daleko od sportu.

W rozgłośni mającej ambicje znacznie większe niż tylko puszczanie w kółko tych samych pseudoprzebojów pani prezenterka powiedziała, że „z niecierpliwością czeka na tegorocznego Open’era”. Każda impreza – sportowa czy kulturalna – może kiedyś zacząć żyć własnym życiem, co wcale nie znaczy, że z tego powodu staje się rzeczownikiem żywotnym. „Festiwal” w ogóle (jako rzeczownik pospolity) i „Open’er” (rzeczownik własny) w szczególe pozostają rzeczownikami nieżywotnymi, a więc w bierniku (kogo? co?) zachowują formę mianownika (kto? co?).
Kilkadziesiąt lat temu mówiło się i grało „w tenis”. Znajomych z kortu i okolic uspokajam, że nazwa naszej ulubionej gry pozostaje rzeczownikiem nieżywotnym znaczeniowo, ale awansowała do żywotnych gramatycznie.
Pospolitym – nie rzeczownikiem, lecz błędem – jest mylenie biernika z dopełniaczem. „Słuchacie złotą dziesiątkę” – poinformował prezenter radiowy. Nie, proszę pana, ja nigdy nie słucham „złotą dziesiątkę”. Jeśli przez przypadek trafię na pana audycję, to słucham „złotej dziesiątki”, zresztą nie za długo.
Kłopot z tymi przypadkami mają również reporterzy i prezenterzy zajmujący się tematyką prawną. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że przepisy są po to, aby... Tu właśnie pojawiają się wątpliwości – przestrzegać „je” czy „ich”? Jeśli chcecie być w zgodzie z normami języka polskiego, to przestrzegajcie przepisów i zasad (w liczbie mnogiej) oraz prawa i regulaminu (w pojedynczej).
„Zaatakował kaszalota, jednego z największych zwierząt świata”... Już nie pamiętam, skąd pochodzi ten przykład (pamiętam tylko, że został przysłany przez Maćka, któremu jeszcze raz dziękuję), ale na pewno nie z transmisji meczu piłkarskiego. Autor się pomylił, a narrator być może przegapił – „zwierzę” jest rzeczownikiem żywotnym nieosobowym, ale rodzaju nijakiego niezależnie od tego, czy zaatakowany kaszalot był samcem, czy samicą.
Na koniec coś ze Światowych Dni Młodzieży. „Większość osób, które przyjechały, są zakwaterowani...” – już nie słuchałem, gdzie te osoby zamieszkały, bo zacząłem szukać „poliszowego” notatnika. Być może reporter pilnie uczył się religii – nie wnikam, nie moja sprawa. Źle jednak, że opuścił kilka lekcji języka polskiego, z czego powinien się wyspowiadać, a w ramach pokuty sto razy powtórzyć „jest zakwaterowana”.