czwartek, 10 sierpnia 2017

Bardzo ciężka atletyka

Lekka atletyka – równie poprawnie można powiedzieć „lekkoatletyka”, ale ja wolę nazwę tradycyjną, zamkniętą w już niemal stuletnim skrócie PZLA – jest wyjątkowo trudną dyscypliną dla komentatorów. Trwające właśnie mistrzostwa świata podpowiadają, że niektórzy dziennikarze – mówiący i piszący – nie trafili z formą.

Wielu moich kolegów – nie tylko sportowych zresztą – powiedziałoby nawet, że lekka atletyka jest dyscypliną ciężką. Nie wiem, skąd im się to bierze, bo przymiotnik „ciężki” nie jest przecież synonimem „trudnego” tak samo, jak „lekki” ma niewiele wspólnego z „łatwym”.

O kobietach po przejściach słyszałem, o kłodach rzucanych przez nie (kobiety) nam (mężczyznom) pod nogi też coś wiem, ale o takiej konkurencji lekkoatletycznej jak „3000 metrów pań z przeszkodami” nie miałem pojęcia, chociaż po bieżniach zacząłem się włóczyć ponad 40 lat temu. Nie wiem też, co „żucie” ma wspólnego z rzutem młotem, ale portal jednej ze stacji telewizyjnych upierał się, że Anita Włodarczyk zdobyła złoty medal właśnie w „żucie młotem”.

Trudno usprawiedliwiać, można natomiast zrozumieć, że pośpiech, że presja czasu, że informację o wielkim polskim sukcesie trzeba jak najszybciej wrzucić na „pasek”. Nie wiem natomiast, jak wytłumaczyć relację z Londynu zamieszczoną przez jeden z największych polskich portali informacyjnych. Wszystkie cytaty pochodzą z tego samego tekstu, jeśli więc chcecie poznać tak zdolnego autora, to chyba bez większego trudu sobie go wygooglujecie. W tym przypadku pośpiech naprawdę nie był wskazany.

O reprezentantce Polski w trójskoku był uprzejmy napisać, „że do walki natchnęły jej medale koleżanek w rzucie młotem”. Skakała więc sobie jak natchniona i „aż pięć z niej sześciu skoków przekroczyło granicę 14 metrów”. Może przekroczyłby i szósty, ale akurat zagrali hymn, a każdy przecież wie, że „ze łzami w oczach się skacze trochę ciężej”, chociaż nie każdy wie, ile takie łzy mogą ważyć. Szloch pewnie tyle, co kot napłakał, spazmy na pewno dużo więcej, ale też chyba niewiele, bo „byłam bardzo lekka w finale, co mnie bardzo zadziwiło” – stwierdziła zawodniczka. I (jeśli wierzyć autorowi, a ja nie wierzę, aby tak powiedziała; to raczej on to tak napisał) „sama była zaskoczona, że swojej dobrej formy”.

Już wspominałem o tym na Twitterze, ale powtórzę i tutaj, ponieważ czytelnicy bloga nie mogą czuć się poszkodowani ;-) . Poza błędami językowymi niektórzy komentatorzy lekkiej atletyki popełniają również błąd merytoryczny. O kulomiotkach i kulomiotach mówią, że „rzucają”. Gdyby faktycznie rzucali kulą (przyznaję, że nie wiem, co by było w przypadku, gdyby „żucali”), to sędziom zdrętwiałyby ręce od trzymania w górze czerwonej chorągiewki. Nie musieliby nawet jej podnosić, bo w przypadku rzucania kulą w warunkach recydywy w ogóle nie opłacałoby się jej opuszczać.

Przepraszam, muszę kończyć, bo już niedługo kolejna transmisja. Na szczęście dziś bez kulomiotania, ale z innymi konkurencjami ciężkiej atletyki…

czwartek, 27 lipca 2017

Pomnik poległych przed telewizorem

Zastanawiam się, skąd w dziennikarstwie sportowym tyle terminologii militarnej. Niech sobie będzie atak zakończony strzałem, bo w piłce nożnej chodzi właśnie o to, aby zdobyć gola. Rywale – na szczęście jeszcze nikt nie nazywa ich wrogami – nie muszą jednak ułatwiać roboty napastnikom, więc broni się także obrona.

Czasownik nieprzechodni dokonany „polec” robi zawrotną karierę w prasie, radiu i telewizji, w serwisach informacyjnych i relacjach na żywo. Stosowany jest praktycznie tylko w czasie przeszłym – teraźniejszego przecież nie ma, a przyszłość w dziennikarstwie to już spekulacje – i w trzeciej osobie. Uzupełnię część braków i powiem, że prawie poległem, kiedy tego słuchałem.

Właśnie trwają mistrzostwa świata w pływaniu. Nie mam czasu oglądać transmisji z Budapesztu, ale słucham sobie radia i zaczynam się niepokoić o reprezentantów Polski. „W porannych eliminacjach poległo czterech” – doniosła jedna ze stacji. Potopili się czy co? – pomyślałem. Siedziałem przy komputerze, więc od razu wyszukałem odpowiednią stronę i okazało się, że po prostu popłynęli zbyt wolno, aby awansować do półfinałów. Trudno, ale przynajmniej żyją.

W przypadku szermierki bywa mniej śmiesznie. Na planszach zdarzają się nawet wypadki śmiertelne (w naszym kraju ostatni ponad osiem lat temu). Od autora informacji, że „polska florecistka poległa w drugiej rundzie”, chyba można wymagać większego wyczucia sytuacji i staranności językowej...

Do zimy jeszcze daleko, ale jestem pewien, że usłyszymy również o skoczku narciarskim, który „poległ w konkursie indywidualnym”. Wiem, bo ten cytat wyciągnąłem z notatek z poprzednich sezonów. Trzymam je, bo nigdy nie wiadomo, kiedy mogą się przydać.

Zerkam do tych notatek i nie mogę znaleźć niczego, co mógłbym wykorzystać przeciwko komentatorom biatlonu, który oglądam dużo chętniej i częściej niż skoki. To nic, że polskich sukcesów ostatnio nie za wiele, ale emocje zawsze gwarantowane, a i język bliższy ideału. Jeszcze nie słyszałem, aby nasza biatlonistka poległa. Widocznie rywalki strzelają niecelnie. Przepraszam – celnie, bo do tarczy.

W telewizji bardzo mało mówi się o strzelectwie; jeśli już, to tylko podczas igrzysk olimpijskich. Wyobraźmy sobie zawodników, którzy stoją w szeregu, wzrok wbijają w środkowy punkt tarczy i w ogóle nie patrzą na rywali. Wcześniej czy później komentator powie, że jeden z nich poległ. Tylko z braku czasu nie doda, że – otoczony przez wrogów i opuszczony przez kolegów – reprezentant Polski bohatersko walczył do ostatniego naboju, a odsiecz nadciągnęła zbyt późno.

Dziennikarze lubią epatować mocnymi słowami, oj lubią... „Tragicznie kończy się dla nich ta połowa” – ocenił sprawozdawca piłkarski. Ten mecz akurat oglądałem, chociaż już nie pamiętam, komu kibicowałem. Pamiętam natomiast, że piłkarze jednej z drużyn stracili dwa gole. Może to i dużo, ale przecież nie stracili nikogo z rodziny, więc po co taka dramaturgia? 

piątek, 14 lipca 2017

Bohater moich słów

Dziś polska ekstraklasa piłkarska wznawia rozgrywki. To dobra okazja, aby – na przykładzie poprzedniego sezonu – komentatorom przypomnieć, jak nie należy mówić, a telewidzów przestrzec przed tym, co mogą usłyszeć.

Piłkarze mieli wakacje i zapewne „ładowali akumulatory”. Zwrot w cudzysłowie nie jest wprawdzie błędem, ale ociera się o klasykę dziennikarstwa sportowego w kategorii powiedzeń nadużywanych. Piłkarze wrócili z wakacji i zapewne „są w innym samopoczuciu”. To już konkret z poprzedniego sezonu.

Nie każdy kibic ma to szczęście, że w nowym sezonie zobaczy ulubioną drużynę w ekstraklasie. Dwie musiały spaść, po „podwinęła im się noga w ostatniej kolejce”. Gdyby dobrze grały przez cały rok, to uniknęłyby degradacji, a komentatorowi nie podwinąłby się język.

„Może gdzieś przyjdzie moment…” – rozmarzył się inny sprawozdawca. Moment zwykle przychodzi kiedyś albo wcale. W tym przypadku nie przyszedł nie dlatego, że nie chciał, lecz po prostu zabłądził.

Staram się nie czepiać byłych piłkarzy przekwalifikowanych na dziennikarzy, ale tym razem pozwolę sobie na wyjątek. Ów komentator ma bowiem zły wpływ na kolegów. Sam zna chyba tylko jeden zaimek pytający i prawie każde zdanie podrzędnie złożone zaczyna od „gdzie”. Tę manierę przejmują od niego inni i w efekcie później słyszymy, że „to będą punkty, gdzie ta drużyna powinna uwierzyć, że…”.

„Napastnik nie stał w świetle bramki”, więc było mu trochę za ciemno i nie zauważył piłki. Jego kolega z obrony „przegrał wszystkie bezpośrednie pojedynki główkowe”, za co „w tej drugiej połowie” trener posadził go na „ławce rezerwowej”. Zamiast współczuć ławce, która jest wieczną rezerwową i na której wszyscy się rozsiadają, nadal się zastanawiam, ile w jednym meczu może być drugich połów. Zgaduję, że więcej niż jedna, ale drugiej drugiej (drugiej pierwszej zresztą też) jeszcze się nie doczekałem.

Na koniec chciałbym się wytłumaczyć z tytułu. Pożyczyłem go od mojego faworyta do miana najgorszego komentatora rozpoczynającego się sezonu. Podejrzewam, że następnego również.

piątek, 30 czerwca 2017

Oksymoron na galowo

Siedziałem wczoraj na kanapie i oglądałem film. Absztyfikant nieporadnie podrywał panią, a został na lodzie – konkretnie na dworcu autobusowym – bo nie wiedział, co to oksymoron. Co z tego, że ja wiem, skoro w tym filmie nie grałem (zresztą w żadnym innym również)?

Znaczenie słowa oksymoron – kto nie zna, a ciekaw – można sobie łatwo sprawdzić. Ja tylko trochę pomogę je utrwalić, przedstawiając kilka przykładów z życia wziętych.

„Stał się jednym z wrogów numer 1”... Wydawało mi się, że numer 1 – jak matka – może być tylko jeden. Z tego błędnego mniemania wyrwał mnie pewien komentator sportowy twierdząc, że kibicom naraziło się wielu piłkarzy; tak wielu, że z samych tylko numerów 1 (nie chodzi o bramkarzy) można by stworzyć drużynę grającą nawet w Lidze Mistrzów.

„Codziennie jakość, codziennie niskie ceny”... To reklama sieci sklepów, do których zaglądam, bo nie jestem abstynentem. Raz kupię piwo, raz cydr, ale jeszcze nigdy nie widziałem, aby na półce niska cena stała obok wysokiej jakości. To, co kusi mnie ceną, odpycha jakością, a raczej jej brakiem. Mój dziadek lubił powtarzać, że „dobre musi kosztować”, więc wybieram jakość za cenę czasem nawet wyższą niż w innych sklepach, bo ten akurat mam po drodze.

„Pożyczone pieniądze to inwestycja” – przekonuje doradca finansowy. Rozum (choć nie zawsze jest najlepszym doradcą) podpowiada mi jednak, że znowu ktoś chce mnie naciągnąć. Jeśli pożyczę, to będę musiał oddać jeszcze więcej, niż pożyczyłem. Podobno najlepsze interesy robi się za cudze pieniądze, ale nie wszystkim się udaje. Niektórzy stają później przed komisją śledczą.

Najciekawsze oksymorony tworzyła władza w ustroju słusznie minionym. Urodziłem się w „demokracji socjalistycznej”, wychowałem, dorosłem, nawet studia skończyłem, ale nijak nie mogę sobie przypomnieć, na co – jako przedstawiciel ludu i uczestnik tej demokracji – miałem wpływ. O, przepraszam, jednak sobie przypomniałem: sam mogłem wybrać, czy wódkę na kartki wykupić od razu, czy poczekać na wypłatę.

Komu nie wystarczał przydział kartkowy, ten mógł skorzystać z „eksportu wewnętrznego”. Młodzież informuję, że działało to z grubsza tak: część gorzały władza ludowa eksportowała, ale nie za granicę, a do Peweksu. To był taki sklep, w którym trzeba było płacić dolarami i innymi walutami wymienialnymi, których jednak nie wolno było posiadać.

W Peweksie handlowali nawet samochodami. Nie pamiętam, czy również z prawdziwego importu, czy tylko z wewnętrznego. Nie wiem więc, czy można było kupić na przykład trabanta-limuzynę. Z jednej stronmy to śliczny oksymoron, a z drugiej każdy jeździ taką limuzyną, na jaką go stać.

„Wyśmienite dania kuchni angielskiej” – przeczytałem w przewodniku po Wielkiej Brytanii w czasach już nam współczesnych. Próbowałem przypomnieć sobie chociaż jedno – i nic. Owszem, wiele razy oblizywałem się w Londynie po znakomitej kolacji, ale gotowała Teresa (serdecznie pozdrawiam!). Jeśli więc nawet danie było angielskie, to kuchnia jakby polska.

Teraz narażę się miłośnikom oglądania mordobicia w ringu, klatce i innych okolicznościach przyrody. Przyznaję, że raz nawet byłem osobiście, ale służbowo, na tzw. gali bokserskiej. Piszę „tak zwanej”, bo galą nijak tego nazwać się nie da.

Internetowy Słownik Języka Polskiego PWN galę objaśnia tak:
1. Uroczystość z udziałem oficjalnych gości.
2. Uroczysty strój.
3. Dekoracja statku lub okrętu banderami, proporcami i flagami w czasie uroczystości.

Które znaczenie odpowiada walkce bokserskiej lub MMA? A może każde po trosze? Jacyś goście (mniej lub bardziej oficjalni) są, stroje (spodenki) niech będzie, że uroczyste, a dekoracje (tatuaże) widać z daleka...

czwartek, 15 czerwca 2017

Kanonierzy z Barcelony

Juliuszowi Słowackiemu marzyło się, aby „język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa”. Nie przewidział jednak, że 150 lat później (proszę nie czepiać się szczegółów) publiczność nie będzie chciała czytać żadnych poematów, a zwłaszcza dygresyjnych, bo wybierze tak prozaiczną rozrywkę, jak oglądanie telewizji.

Wieszcz nie przewidział, więc nie mógł docenić, jak giętkie będą czasem języki komentatorów sportowych. W niektórych przypadkach są tak giętkie, że mówią nawet to, czego głowa nie tylko jeszcze nie pomyślała, ale w ogóle nie byłaby w stanie wymyślić (nie wymyśleć!).

Giętkość języka sprawozdawców polega przede wszystkim na budowaniu zdania w szyku absolutnie dowolnym. Podmiot raz je zaczyna, raz kończy, a czasem pada gdzieś w środku między orzeczeniem a przydawką, dopełnieniem albo okolicznikiem. I nie jest to świadoma inwersja (wg słownika terminów literackich: przestawienie naturalnego szyku wyrazów w zdaniu lub członów składniowych w zdaniu rozwiniętym albo zdań w obrębie zdania złożonego; zwiększa napięcie, oczekiwanie), to efekt bałaganu.

Teraz konkrety, bo teorii już za dużo. „Dołączył do drużyny Kanonierów z Barcelony” – powiedział jakiś komentator o jakimś piłkarzu. Chciał powiedzieć, że do Kanonierów piłkarz dołączył z Barcelony. Chyba każdy kibic wie, że Kanonierzy to Arsenal, a Arsenal to Londyn (Kijów też, ale nie w tym przypadku).

Specjaliści od rozgrywek w innych krajach też mają (wielu dodałoby, że „swoje”) problemy. „Jeśli chodzi o napastników strzelających gole w Bundeslidze spoza Niemiec…”. No i skąd mam wiedzieć, o którą Bundesligę chodzi? Może austriacką? Gdyby komentatorowi chodziło o „napastników spoza Niemiec strzelających gole w Bundeslidze”, sprawa byłaby prostsza.

Ciekawie jest także podczas meczów drużyn narodowych. „Didier Deschamps między innymi na trybunach” – dowiedzieliśmy się o nadprzyrodzonych zdolnościach selekcjonera reprezentacji Francji. Nie dowiedzieliśmy się natomiast, bo komentator był niedoinformowany, o innych miejscach pobytu Deschampsa w tym samym czasie. Z czego bym się teraz nabijał, gdyby był „na trybunach między innymi Didier Deschamps”?

„Trener wie tylko i wyłącznie, że pozostało mu przygotowywać reprezentację do mistrzostw Europy”. Słaby to szkoleniowiec, który wie tak mało. Zdarza się, że już w połowie eliminacji drużyna traci nawet teoretyczne szanse awansu do turnieju finałowego. Jeśli z tego powodu selekcjoner nie straci posady, to wie, że „pozostało mu tylko przygotowywać reprezentację” do następnych eliminacji.

W telewizji jest nie tylko piłka nożna. Jest także tenis, a podczas turniejów Wielkiego Szlema – bardzo dużo tenisa. „Miała w tej sytuacji piłkę na rakiecie Halep”. Rozumiecie coś z tego? Jeśli podejść do tego zdania dosłownie, to podmiotem domyślnym jest inna tenisistka, która miała piłkę nie na swojej rakiecie, lecz na rakiecie rywalki. Obraz telewizyjny pokazywał natomiast, że piłkę miała jednak Rumunka. Komentator, zamiast zacząć zdanie od podmiotu, przeniósł go na sam koniec i postawił kropkę. To nie jest pojedynczy przypadek – to przykład maniery, która staje się plagą psującą język.

Na koniec inny mistrz mikrofonu, dyscyplina bez znaczenia. „Raczej myślę, że im to się nie uda” – powiedział. No tak, raczej myślał…